Po sobotnim tekście w którym postawiliśmy za Tygodnikiem Powszechnym tytułowe pytanie „Czy dni Wróblewskiej na stanowisku Ministra Kultury są policzone?” otrzymaliśmy na nasz adres kilka ciekawych analiz sytuacji w jakiej znalazły się realizujące KPO Ministerstwo Kultury oraz Narodowy Instytut Muzyki i Tańca. Prześledziliśmy również komentarze, jakie w tej sprawie zamieścili w mediach społecznościowych obserwatorzy, uczestnicy i beneficjenci programu.
Oto jeden z nich:
„Ministerstwo celowo powierzyło program grantowo / stypendialny NIMITowi pod kierownictwem Pauli Lis-Sołoduchy w nadziei, że nie dadzą sobie rady (bo to PISowscy dyletanci a poza tym instytucja mała i bez doświadczenia w obsłudze tak dużego programu) i będzie pretekst do odwołania. A my w całej tej rozgrywce nieistotni, ot pionki. Artyści to tak mała grupa zawodowa, że skandal też będzie mały i usłyszą o nim tylko zainteresowani, bo kto przy zdrowych zmysłach interesuje się kulturą” (pisownia oryginalna – przyp. red.)
Ten szczególny wpis na facebookowej grupie „KPO dla kultury – grupa wsparcia” autorki, której nazwiska nie ujawniamy, pokazuje jak w soczewce próbę racjonalnego wyjaśnienia kryzysu, który opisywaliśmy. W istocie, gdyby przyjąć za faktyczny i prawdziwy ów plan Minister Wróblewskiej, to proponujemy pewną grę intelektualną, by zastanowić się nad poniższymi kwestiami.
Jeśli we wszelkich zapowiedziach wyborczych i powyborczych liderzy partii obecnie rządzącej wskazywali na KPO jako priorytet działań Rządu na najbliższe dwa lata, a nie mamy podstaw do tego by wątpić w te zapewnienia, to czy kierownictwo resortu kultury postawiłoby na szali ryzyko niepowodzenia realizacyjnego programu a tym samym utratę zaufania do Ministerstwa oraz skandal na skalę europejską tylko po to, by zwolnić z pracy niechcianą dyrektor? Wydaje nam się, że takiego pretekstu Wróblewska nie potrzebowała i nie potrzebuje, czemu dała po wielokroć dowody – lekką ręką, często z naruszeniem obowiązujących przepisów, zwalniając ponad 30 dyrektorów podległych jej instytucji. Czy do bezpowrotnej utraty ponad 1,5 mln zł na wdrażanie programu Wróblewska chciałaby dołożyć wielokrotnie więcej środków, które trzeba by zwrócić do UE za niewykonanie kamienia milowego, jakim jest liczba podpisanych umów? Rzecz do przemyślenia, bo naprawdę w tej sytuacji drogo kosztowałoby nasze Państwo zwolnienie jednego dyrektora państwowej instytucji.
Dużo zatem ciekawszy w naszym przekonaniu jest wątek skupienia w jednej instytucji całości programu
My oceniamy to jako błąd kluczowy, rozpoczynający serię błędów, będących prostą konsekwencją tego prymarnego. Przypominamy, że rezygnacja z czterech operatorów instytucjonalnychm z których trzy już brały udział w dysponowaniu takich środków, a jedna (Instytut Teatralny wraz z NIMITem) obsługiwała skalą bliźniaczy z KPO w czasie pandemii program, tj. Fundusz Wsparcia Kultury, była autorskim pomysłem Wróblewskiej. To jej odpowiedzialność polityczna i jej współodpowiedzialność za ostateczną decyzję. Jesteśmy przekonani, że realizacja KPO przez cztery instytucje rozłożyłaby siły administracyjne poszczególnych instytucji i nie sprawiłoby, że któraś z nich zostałaby – przepraszamy za kolokwializm, „zajechana”.
Ale nawet próbując bronić tej decyzji, moglibyśmy sobie wyobrazić, że Minister Kultury robi wszystko, by w pół roku od podjęcia decyzji, zapewnić sukces realizacyjny programu, nawet jeśli miałaby się tym sukcesem później dzielić z „pisowską nominatką” Paulą Lis-Sołoduchą. (notabene sama Wróblewska nominatką Glińskiego była i jakoś to opinii publicznej nie przechodzi przez usta, żeby jej ten fakt wypominać).
Tak, jak już wiemy, nie było. Przyspieszono bowiem z powodów politycznych rozpoczęcie programu ale już nie wsparto na czas i w sposób dostateczny instytucji, zostawiając ją samą z problemem. Refleksja, że cokolwiek jesteśmy winni NIMTowi przyszła kierownictwu Ministerstwa za późno – na jesień, kiedy ewidentnie niewydolna organizacyjnie (bo też z oczywistych względów nie mogła być!) instytucja została wsparta „desantem” pracowników Ministerstwa. Mamy informacje od byłych już pracowników tej instytucji, choć brzmi to nieprawdopodobnie i nie do końca chce nam się wierzyć w taki bareizm, że oto dyrektorka jednego z Departamentów MKIDN w ramach akcji „wszystkie ręce na pokład” kleiła w NIMIT koperty adresowane do beneficjentów (!)
Wygląda na to, i tej wizji jesteśmy w stanie przyznać więcej racji, że mamy do czynienia z czystą prowizorką i amatorszczyzną we wdrażaniu programu na poziomie Ministerstwa. Nie żebyśmy nie dostrzegali błędów w realizacji programu przez NIMIT; zagadką dla nas jest, między innymi, decyzja dyrekcji NIMITu, że należyte wykonanie umowy przez beneficjentów powinno być gwarantowane wystawionym przez nich wekslem. To mechanizm raczej z sektora przedsiębiorstw, w kulturze do tej pory nieznany i będący raczej obciążeniem. Ale rozumiemy, że takie doświadczenia NIMIT zebrał przy realizacji środków z Funduszu Wsparcia Kultury w czasie pandemii i chcąc ułatwić sobie obsługę ewaluacyjną umów, tak owe doświadczenia wykorzystał.
Dziwi nas podejście kierownictwa resortu – brak responsywności na skargi płynące od beneficjentów i brak wystarczającej kontroli na sytuacją. Ale jeśli przejrzymy profile społecznościówek ministerstwa to zrozumiemy, że Panie Cienkowska i Wróblewska po prostu nie miały czasu na sprawowanie kontroli, bo były niczym pies Łajka zajęte oblatywaniem drugi raz kuli ziemskiej. Tak, biuro podróży jakim stało się Ministerstwo za Wróblewskiej zapewnia możliwość odwiedzenia wielu krajów i wielu instytucji czy koleżanek. Druga taka okazja w życiu może się po prostu nie zdarzyć, a wiadomo że… „szczęście trzeba rwać jak świeże wiśnie”.
Dlatego może najbliższy gorzkiej prawdy jest facebookowy wpis Jaromira Jedlińskiego, wybitnego historyka sztuki i niekwestionowanego autorytetu:
„[…] Ta osoba, która otrzymała funkcję ministra kultury nie jest nawet człowiekiem Tuska, jest człowiekiem bez właściwości. W ten sposób resort kultury uległ unieważnieniu. Wychowanica Andzi (Andy Rottenberg – przyp. red.) realizuje od sasa do lasa naciski lub podszepty rozmaitych grup interesu w światku życia kulturalnego. Sama nie ma ani wyobrażenia o materii oddanej jej administrowaniu, ani tym bardziej nie ma żadnej władzy decyzyjnej. Tusk wykonał w tym obszarze dwa ruchy hazardowe, wpierw powołał (do zadań specjalnych i to dosłownie specjalnych) Sienkiewicza, człowieka o kulturalnym nazwisku, a pozbawionego elementarnej kultury, zadufka i pustego karierowicza, potem zaś sięgnął po obecną panią nikt. A że to jest osoba z zawodowego kręgu obsługi kultury instytucjonalnej to szef wszystkich szefów wrzucił ją w wir walk kogutów, choć to kura, a sam premier ma kwestie życia kulturalnego z głowy, nawet nie będzie usuwał obecnej ekipy tego resortu, niech się kotłuje w środowisku, on ma czyste ręce […]” (pisownia oryginalna – przyp. red.)
Tymczasem, skargi płynące od bezradnych beneficjentów KPO, trafiły do Kancelarii Premiera. Zamieszczamy reakcję jej Dyrektora. Coś nam się wydaje, że to nie koniec i będzie się jeszcze działo. Mamy jednak rękę na pulsie i będziemy do tego tematu wracać.

PRZYPOMINAMY NASZ ARTYKUŁ
[NASZ NEWS] Czy dni H. Wróblewskiej na stanowisku Ministra Kultury są policzone?
Portal Warszawski. O krok do przodu