[NASZ NEWS] Czy dni H. Wróblewskiej na stanowisku Ministra Kultury są policzone?

Minął tydzień od niesławnego wystąpienia „ministry” Kultury i Dziedzictwa Narodowego Wróblewskiej w TVN24. Niby nic dziwnego, że pani Minister idzie do zaprzyjaźnionego i życzliwego jej medium i nadaje na swoich poprzedników. Obrazek wszystkim już znany i opatrzony. Wydarzenia ostatnich dni rzucają jednak nieco więcej światła na ten wywiad i na genezę tego, po co w ogóle powstał. Oto redaktor Piotr Kosiewski, dwa dni temu w Tygodniku Powszechnym – piśmie postępowych katolików – dokonuje oceny dwóch procesów zarządczych, wynikających z funkcji nadzorczych Ministra Kultury – tj. dotyczących zmian kadrowych w PISF i realizacji inwestycji w kulturze – zwanym Krajowym Planem Odbudowy (KPO). Z obu wyłania się ponury obraz braku nadzoru, lekkomyślności, złej woli i zwykłej amatorszczyzny, który skłania redaktora Kosiewskiego do zadania publicznie pytania; czy dni Wróblewskiej na stanowisku Ministra Kultury są policzone?

Amatorszczyzna Sokorszczyzny

Zawieśmy na chwilę to pytanie i wróćmy do wywiadu udzielonego TVN24. Cóż tam się znalazło? Otóż Hanna Wróblewska umyśliła sobie, że będzie publicznie legendować się jako siłaczka walcząca z chaosem pozostawionym przez ekipę poprzedniego Ministra, prof. Piotra Glińskiego. Kolejne enuncjacje mają przekonać widzów stacji, że heroiczna walka Wróblewskiej z zaniedbaniami poprzednika to jak herkulejska walka Dobra ze Złem, Porządku z Chaosem. W redakcji mieliśmy szczery ubaw czytając tą przypudrowaną historyjkę, bo wiemy swoje i nie zawahamy się teraz napisać jak było. Otóż, wraz z przyjściem Sienkiewicza i Wróblewskiej resort powrócił do papierowego obiegu pism, wywracając do góry nogami przyjęte procedury tego obiegu, odbywającego się za Glińskiego od wielu lat w 100 procentach w wersji elektronicznej. Efekt był taki, że wbrew heroicznej autolegendzie, którą Wróblewska forsuje, to nowe władze resortu odpowiadają w pełni za chaos i zamieszanie, jakiego jeszcze nie znano w MKiDN. Pisma, które wcześniej bywały procedowane w ciągu kilku dni, teraz musiały czekać na rozpatrzenie i podpis nawet kilka tygodni. Sama Wróblewska heroicznie – to fakt – i z nim nie dyskutujemy, próbowała się nauczyć pracy w elektronicznym narzędziu, ale ze skutkiem średnim.

Nie żebyśmy nie doceniali systemowego cofnięcia się do papieru i rezygnacji z sześciu lat zdobyczy zarządczych w administracji publicznej. Możemy się domyślać, że powody dla których zrezygnowano z obiegu elektronicznego mogą być te same lub pochodne, dla których w grudniu 2023 zaklejano taśmą klejącą w budynku Ministerstwa kamery, co wykazała interwencyjna akcja posłów na Sejm. A był to czas, przypomnijmy, rzekomych wieczornych narad z kancelarią prawną obsługującą likwidację TVP. Nie mamy kwitów i co Pan nam zrobi? Proste?
Wiele słyszymy, że zamiast wielkiego sukcesu KPO, mamy spektakularną klęskę, która została sierotą.

Przypomnijmy, że Krajowy Plan Odbudowy to najważniejsza po pandemii wielomilionowa europejska inwestycja w polską kulturę; w jej kadry, pomysły, w ludzi kultury wreszcie. Inwestycja przygotowywana od początku przez Ministra Glińskiego a zablokowana na forum europejskim przez opozycję za rządów Prawa i Sprawiedliwości, po przejęciu władzy przez Koalicję 13 grudnia stała się historią splotu zaniechań i zwykłego draństwa. Zaczęło się już w styczniu 2024 roku, kiedy to z czterech podległych Ministerstwu instytucji, które miały rozdysponować w imieniu Ministra Kultury środki europejskie na granty i stypendia została jedna – Narodowy Instytut Muzyki i Tańca. Jesteśmy w posiadaniu informacji, że stało się tak za sprawą samej Wróblewskiej, która wymusiła taką decyzję na ówczesnym ministrze Bartłomieju Sienkiewiczu. NIMIT miał instytucjonalne doświadczenia w dysponowaniu środkami powierzonymi na granty i stypendia, ale wbrew temu co teraz mówi w wywiadach Wróblewska – miały je również i inne pozbawione przy KPO statusu operatora instytucje – jak Instytut Teatralny czy Narodowy Instytut Dziedzictwa. Ta jedna decyzja duetu Wróblewska / Sienkiewicz kosztowała polskiego podatnika przynajmniej 1.5 mln zł, środków, które wydatkowano na przygotowanie realizacji KPO w czterech instytucjach.

Ile dokładnie polski podatnik stracił to, miejmy nadzieję, wykaże kiedyś precyzyjny audyt.

Kolejne decyzje szokują nie mniej

Wróblewska, i jej zastępczyni Cienkowska, próbują się dzisiaj bronić, przerzucając całkowicie winę za niepowodzenie realizacji programu KPO na dyrekcję NIMITu, publicznie oskarżając dyrektor Paulę Lis-Sołoduchę o nieprawidłowe wdrażanie programu. Zanim wydamy ocenę, że ktokolwiek zawinił, to zapytajmy publicznie: Czy prawdą jest, że wnioski finansowe NIMiTu na wsparcie obsługi KPO od stycznia 2024 roku nie były rozpatrywane przez MKiDN pozytywnie? Czy prawdą jest, że Ministerstwo Kultury uruchomiło środki na zagwarantowanie przez NIMIT obsługi administracyjnej programu KPO na tydzień przed uruchomieniem możliwości składania wniosków, tj. 24 maja? Przyznamy Państwu szczerze, że stawiając te pytania nie liczymy na żadną odpowiedź ze strony Ministerstwa Kultury. My je znamy. Ale ujawnienie jej przez same Ministerstwo i przyznanie się do tego, pokazałoby skalę zaniedbań i rzeczywistego chaosu na poziomie obecnie zarządzających kulturą w Polsce.

Teraz rozumiecie Państwo, dlaczego w publicznych wystąpieniach panie „ministry” wiją się i rzucają naokoło oskarżeniami i dlaczego Wróblewska legenduje się na heroiczną pogromczynię chaosu po Glińskim. Od stycznia 2024 roku Ministerstwo wiedziało, że operatorem najważniejszego programu w kulturze będzie jedna instytucja i nie zrobiło nic, by zagwarantować sukces temu programowi. Nie zrobiło nic, by pomóc instytucji, która musiała powiększyć zespół o 100 proc, dotrudnić kilkudziesięciu specjalistów obsługi, wdrożyć oprogramowanie i przeszkolić kadry, przy pełnej świadomości Ministra Kultury, że to wymaga czasu i środków. Decyzja o wsparciu instytucji pojawia się, uwaga (!) na tydzień przed wskazanym przez ministerstwo terminem otwarcia bramek naboru i to w wysokości niższej od wnioskowanej przez NIMIT. Chodziło o szybki efekt polityczny i nie liczono się z opiniami pracowników NIMiTu, że instytucja nie jest organizacyjnie gotowa do przeprowadzenia tak skomplikowanej operacji. Efekt jest taki, jakiego tylko cudem w takich warunkach można by uniknąć; dziesiątki odstąpień od umów, opóźnienia w realizacji umów, itd. Stypendyści KPO nie są pewni otrzymania stypendiów, a instytucje prawidłowej obsługi swoich aplikacji grantowych.

Ale za to komitety uśmiechniętych ekspertów dokonujących oceny wniosków nadesłanych przez instytucje i artystów mogą być pewne sowitego wynagrodzenia. Jednym z warunków przyznania przez Komisję Europejską środków KPO była gwarancja niezależności ekspertów od Ministra Kultury. Widzimy, że na listach eksperckich znalazły się nazwiska osób z bliskiego kręgu znajomych obecnej Pani Minister. Jak to się stało? Przypadek? Nie sądzimy. Rozważymy jednak, czy stosownej dokumentacji i oceny stanu zespołów eksperckich a przede wszystkim sposobu ich powołania nie wysłać do odpowiednich europejskich dysponentów środków KPO.

Szanowni Czytelnicy, wnioski pozostawiamy Wam, ale jeśli to nie jest sabotaż wykorzystania przez Polskę funduszy europejskich, to już nie wiemy co nim mogłoby być. Oby nie okazało się, że ze środkami z KPO dla kultury jest tak, jak z europejską pomocą dla powodzian. Raz obiecane i odblokowane to jak dane. A że po cichu niewykorzystane środki się zwróci w 2025 roku, to już w mediach mainstreamu Państwo nie usłyszycie.

Po wielkiemu cichu

Przypominamy, że po cichu, „po wielkiemu cichu” przeszłaby w sierpniu b.r. reforma organizacyjna w Ministerstwie i nawet nikt by nie zauważył, że oto nie ma już Departamentu Restytucji odpowiedzialnego za poprzednich rządów, za skuteczną rewindykację setek dzieł skradzionych Polsce w czasie okupacji przez Niemców, gdyby nie nasza redakcja, która jako pierwsza nagłośniła te zamiary i zwróciła uwagę wielu ogólnopolskich mediów. Zrobiło się na chwilę głośno, więc pani Wróblewska zaczęła publicznie uspokajać, że procesu badań polskich strat i skutecznej rewindykacji to absolutnie nie zaszkodzi i nie wstrzyma, ponieważ zespół wybitnych specjalistów śledczych wejdzie w skład innego Departamentu. Słyszeliście Państwo, by od sierpnia Minister Kultury pochwaliła się jakimkolwiek sukcesem na tym polu? My też nie.

Moglibyśmy jeszcze długo wyliczać jak wygląda zarządzanie kulturą w wykonaniu Ministerstwa. Poza bulwersującymi opinię publiczną manipulacjami (vide sprawa Karoliny Rozwód w PISF), szantażami (vide sprawa prof. Grzegorza Berendta), inspirowaniem donosicieli w instytucjach kultury, publicznym mijaniem się z prawdą (konkurs / niekonkurs w Instytucie Teatralnym), czy bezprawnym – bo pozornym łączeniu instytucji (Instytut Adama Mickiewicza) na opisanie których znajdziemy jeszcze znajdziemy czas i miejsce, by je Państwu szerzej przywołać, to osobiście nas boli każde publiczne wystąpienie Hanny Wróblewskiej w tych z jej części, w których z wytrwałością zdartej płyty przekonuje, że „kultura jest wspólna” i że „kultura to pole komunikacji dla wszystkich”. Naprawdę? Ona tak serio? Niech Wróblewska to prosto w twarz powie tym kilkudziesięciu dyrektorom, których zwolniła z pracy rękami swojego zastępcy, bo akurat klasy i zwykłej cywilnej odwagi nawet w tak podstawowych czynnościach zarządczych jej zabrakło. Jeszcze wspominała Pani Minister w wywiadzie dla TVN, że oprowadzał ją po ministerstwie na początku jej pracy, sympatyczny, młody człowiek. Na wszelki wypadek dodajmy – bo to nie wybrzmiało pewnie na skutek niezbyt gorliwej dociekliwości redaktora TVN, i on – ów sympatyczny młody człowiek, pół godziny później po tym oprowadzeniu został wywalony z pracy na pysk.

Wróćmy na koniec do tekstu Kosiewskiego z Tygodnika Powszechnego. To nie jest periodyk z naszej bajki i to nie jest redaktor, którego byśmy uznawali za wiarygodnego i obiektywnego w opisie kulturalnej rzeczywistości, ale głos ten obok coraz bardziej widocznego zniecierpliwienia środowiska, otwartych pytań, które kieruje w stronę Ministerstwa np. OKO.Press pokazuje, że tradycyjne zaplecze tego rządu, jakimi są środowiska kultury…samo czuje, że coś jest nie tak. Że namaszczenie Wróblewskiej przez środowisko Andy Rottenberg, jak i zarządzanie niegdyś Zachętą, to za mało. Że tej amatorszczyzny nie da się dłużej ani bronić ani zasłonić czymś, co mogłoby być jakimś sukcesem – bo tych po prostu brakuje.

 

A o Wróblewskiej jako Sokorskim pisaliśmy tu:

 

[NASZ NEWS] Wróblewska niczym Sokorski. Czystki nie tylko w CSW Zamek Ujazdowski idą z samej góry…

 

 


🟦 Demaskujemy nieuczciwości. Możesz nam się odwdzięczyć i tym samym nas wspomóc i postawić nam kawę: https://buycoffee.to/portalwarszawski

Lub skorzystać bezpośrednio z konta o numerze: 61102049000000890231388541


 

zdj. MKiDN

Portal Warszawski. O krok do przodu

Wspieraj niezależne warszawskie media.

Dzięki Tobie możemy pełnić naszą misję

Konto do wpłat: 61102049000000890231388541

w tytule wpłat: Darowizna

Przeczytaj również

Logotyp Portal Warszawski
Kontakt

Ostatnie atykuły