Czy to są oryginały? Leonardo da Vinci w Muzeum Narodowym!
Publikujemy list pana Przemysława Głowackiego, historyka sztuki, edukatora muzealna, nauczyciela Od dwudziestu lat zajmuje się popularyzacją wiedzy o sztuce oraz edukacją muzealną. Historię sztuki ukończył na Uniwersytecie Warszawskim pisząc pracę magisterską o architekturze współczesnej u prof. Marii Poprzęckiej. Studiował kulturoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. W latach 2000-2013 pracował w Muzeum Narodowym w Warszawie, gdzie od 2007 pełnił obowiązki zastępcy kierownika Działu Edukacji.
„Obecnie można w MNW oglądać pokaz cyfrowy „Leonardo. Opera Omnia”. Proszę zwrócić uwagę, że samo muzeum nie używa słowa wystawa tylko pokaz. I rzeczywiście mamy do czynienia z prezentacją 17 reprodukcji dzieł Leonarda da Vinci w skali 1 : 1. Czemu jest to pokaz cyfrowy? Pojęcia nie ma. Może dlatego, że to fotografie cyfrowe? Skądinąd większość dość słabej jakości. A może dlatego, że cyfrowy to taki nowoczesny? I tak lepiej brzmi? Mogą się zdarzyć tacy, którzy stwierdzą, że przecież taki pokaz to nic złego. Nie da się wszystkich obrazów Leonarda zgromadzić w jednym miejscu. Ostatnio udało się zebrać ponad połowę w Londynie i było to już ogromne osiągnięcie (por. galeria (Wyjątkowy) Leonardo w Londynie). Trwają spekulacje, ile obrazów pojawi się na wielkiej wystawie przygotowywanej na ten rok w Luwrze. W tym roku mamy 500-lecie śmierci artysty i dlaczego nie dać możliwości warszawskiej publiczności zobaczenia arcydzieł mistrza w reprodukcjach? Gdyby tego typu impreza odbyła się w innym miejscu – Pałacu Kultury i Nauki, Stadionie Narodowym czy centrum handlowym – to bym tego tekstu nie pisał.
Gdzieniegdzie można zobaczyć różne pokazy multimedialne, sam taki widziałem w Mediolanie, choć raczej podobnych miejsc unikam. Dlaczego więc nie w Muzeum Narodowym? Ponieważ takich rzeczy w prestiżowym muzeum sztuki się po prostu nie robi. Może ktoś się zapytać – dlaczego? Ano dlatego, że muzea są od tego, aby umożliwić nam kontakt z autentyczną sztuką. Do reprodukcji mamy łatwy dostęp pod wieloma postaciami. Nic nie zastąpi jednak przepychania się w tłumie, aby chociaż z daleka zobaczyć Monę Lisę w Luwrze. Kopia „Ostatniej Wieczerzy”, nawet naturalnych rozmiarów, nie odda wrażenia, kiedy wchodzimy do refektarza przy kościele Santa Maria delle Grazie w Mediolanie. Współczesny świat zalewa nas powielaniem i reprodukcyjnością. Muzeum jest miejscem, w którym chcemy zobaczyć i przeżyć coś autentycznego. Nie chcemy się zastanawiać, czy oglądamy podróby. Dlatego uważam za grzech ciężki pokazanie 17 reprodukcji dzieł Leonarda, ale równie poważną winą jest dowieszenie do nich repliki obrazu Vincenta Sellaera „Leda z łabędziem” ze zbiorów MNW. Bez podpisu zresztą! To urąga wszelkim zasadom muzealnym. Co z tego, że jest to praca inspirująca się pomysłami Leonarda. Widz już naprawdę nie wie co ogląda. Ktoś powie – to prawdziwego obrazu od reprodukcji nie da się odróżnić? No cóż… Gdybym nie pracował wiele lat jako edukator muzealny może też bym się pytał. Ale z doświadczenia wiem, jak niebezpieczne jest używanie reprodukcji w ekspozycjach muzealnych. Nic nie pomoże podpieranie się autorytetem profesora, znawcy Leonarda, który dokonał wyboru dzieł. Ani Ambasady Włoskiej czy Włoskiego Instytutu Kultury, przy udziel których pokaz został zrealizowany. Po prostu nie ma usprawiedliwienia dla czegoś takiego.
(…)
a naprawdę uważam, że taki pokaz to skandal. Nie tylko mi osobiści jest przykro, ale też wiem co czują pracownicy Muzeum Narodowego w Warszawie. To oni na co dzień dbają, abyśmy doznawali tutaj prawdziwych wzruszeń i emocji. To też obraza dla prezentowanych obok prac Augusta Zamoyskiego ze spuścizny, którą właśnie udało się pozyskać. Nie jest tajemnicą, że pomysłodawcą pokazu cyfrowego Leonarda jest urzędujący od niedawna dyrektor Jerzy Miziołek.
Ja się po prostu teraz zastanawiam, co będę odpowiadał na pytanie – czy to są oryginały?”