Będzie nieco osobiście, ale i z przekonaniem, że moje doświadczenia nie są jakoś wyjątkowe, że wielu moich Rodaków ma podobne i obserwacje i przeżycia. Nie zamierzam też tu ani powielać stereotypów, ani z nimi, jak to się modnie przyjęło w ostatnich czasach, walczyć. Nie ma tu, uprzedzam, grama niechęci do Ukraińców, nikt też – czyt. ruska ambasada nam nie płaci jurgieltu, więc zarzut o „ruskich onucach” sobie już z góry darujmy. Myślę, że przyzwyczailiśmy naszych Czytelników do bezkompromisowości i mówienia po prostu „jak jest”. Ze względu na objętość materiału – postanowiliśmy go podzielić na dwie części i serdecznie zachęcić do wyrażenia opinii, a może własnych wspomnień.
Nie sądzę, by była w tym z naszej – Polaków strony, makiaweliczna postawa
Zacznę od tego, że Ukrainę i Ukraińców znam nieźle. Mówię i w tym, jak i w rosyjskim języku, a w ostatnim 25-leciu byłem tam niezliczoną ilość razy, współpracując z wieloma organizacjami, instytucjami i zawiązując mniej lub bardziej trwałe znajomości. Drażnił mnie ich, jak uważałem wtedy, kompleks polskości, gdy w ośmiu na dziesięć przypadków, już w drugim zdaniu świeżo poznany człowiek oznajmiał, że ma polskie korzenie, że dziadek lub babcia to Polacy, ale słowa po polsku rozmówca nie zna. Może i tak było, może dziadek był Polakiem, a może niekoniecznie. Wiedziałem bowiem, że skoro za łapówkę można tam kupić wszystko, włącznie z prawem jazdy, to i w archiwum sprawa pochodzenia jest płynna i uzależniona od ilości banknotów. Ale to były czasy romantycznej misji – która nam Polakom się udzielała. Oto wciągamy na pokład rozbitka z dawnego bloku wschodniego, „naszego” Kozaka, który ginął z nami pod Cecorą, bił Turka i Moskala, ale też dostawał od nas razy i sprawił nam krwawą łaźnię na Kresach w latach 40.
Nie sądzę, by była w tym z naszej – Polaków strony, makiaweliczna postawa. Naprawdę spotkałem się z ogromem polskiej bezinteresowności i otwartości na nią ukraińskiej strony. Nad tym heroicznym czasem patronat sprawował duch Giedroycia i paradygmat „nie ma wolnej Polski bez Wolnej Ukrainy”. Sztywny dogmatyzm nigdy nie jest dobry, a już w szczególności w polityce międzynarodowej państwa, które ma ambicje odgrywania poważniejszej roli w regionie. To samo tyczy się bezalternatywności, a nasza zaczadzona Giedroyciem polityka sprawiła, że pominęliśmy i nie zauważyliśmy w porę tego, co alarmującym być powinno. O tym, że coś idzie nie tak, zaczęły opinię publiczną w Polsce przekonywać zdjęcia turystów polskich z popularnych destynacji turystyki historycznej (szczególnie Lwów); szokiem dla nas były materiały pokazujące marsze weteranów z emblematycznymi runami jednostek SS Galizien, czy rekonstrukcje historyczne młodych ludzi, przebranych za bojców UPA.
Zabrakło poszczególnym rządom RP stanowczości, elastyczności i aktualizacji polityki, by możliwa była reakcja, a jeśli ona już była – to zbyt słaba. Do tego wątku jeszcze wrócimy w drugiej części. A tymczasem wzrastała wroga w naszych oczach, propagandowo istotna – bo na niej fundowano tożsamość narodową – popularność postaci Stepana Bandery.
Kult Bandery i Szuchewycza wyrósł na tle politycznych przemian i konfrontacji z rosyjską propagandą. Przez długie dekady Sowieckiego Sojuza termin „banderowiec” był używany jako etykieta, oznaczająca ukraińskiego szowinistę, ale z czasem na Zachodniej Ukrainie zaczął nabierać znaczenia symbolu oporu przeciwko Moskwie. Wielu Ukraińców, w tym i z wschodnich okręgów, nie znając szczegółów biografii Bandery, skłania się do jego uznania właśnie z powodu antymoskiewskości. Tymczasem wiedza o ukraińsko-polskich stosunkach oraz morderczej działalności Ukraińskiej Powstańczej Armii na Wołyniu i Podkarpaciu, ideologicznego i ludobójczego charakteru ideologii Bandery i Szuchewycza była i jest ograniczona wśród mieszkańców Ukrainy. Włączanie przez Polaków w obręb społecznej świadomości Ukraińców tych złożonych wątków zaczęło się spotykać z gwałtowną obroną i formułowaniem zarzutów wzajemnymi w stronę Polski a także zarzutami o szerzenie ruskiej propagandy. Ten wątek też zasługuje na szersze omówienie i odpowiedź na pytanie jak daliśmy się zastraszyć etykietyzacją ruskiej onucy.
Majdan, aneksja Krymu i wojna z Rosją o Donbas skłoniły Ukraińców do pogłębionej refleksji nad swoją historią i tożsamością, w tym nad ideologiami ukraińskiego ruchu narodowego. Ale uczciwie trzeba powiedzieć, że obok pamięci o Banderze, w przestrzeni publicznej ukraińskich miast znajdują się ulice i pomniki upamiętniające także innych dowódców (np. Semena Petlury) i działaczy niepodległościowych, co świadczyłoby o złożoności ukraińskiej narracji historycznej oraz jej regionalizmie. Im bliżej polskich granic, tym większy nacisk w przestrzeni publicznej na eksponowanie barw i symboli banderyzmu.
Osobiście przeżyłem szok w 2016 roku, gdy na zaproszenie gubernatora jednego z zachodnioukraińskich okręgów oraz mera niegdyś polskiego miasta kresowego zgodziłem się zebrać książki dla nowopostającej tamże polskiej biblioteki. Myślałem – świetna inicjatywa, pomoże tym, którzy może do polskiej tożsamości się zaczynają przyznawać, ale też tym, którzy języka polskiego chcą się uczyć. Szczodrość była ogromna – na moje ogłoszenie, że powstaje polska biblioteka i potrzebuje polskiej literatury, spowodowało, że w ciągu 4 dni spłynęło mnóstwo książek. Zebrałem i osobiście przez dwie noce pieczołowicie posortowałem gatunkami – od klasyki polskiej literatury, po podręczniki do nauki polskiego – niemal 2000 woluminów. Popakowane książki w kartony, opisane, a ja zaopatrzony w stosowne listy władz miasta i okręgu, pomny, że bez nich będzie na granicy katastrofa, wyruszyłem ciężarówką na Ukrainę. Na granicy, ku mojemu zdziwieniu, skierowany zostałem na boczne stanowisko i po godzinie przyjechało dwóch smutnych panów ze Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. Żadne listy nie pomogły, przesłuchanie, rozrywanie kartonów i wertowanie każdej książki trwało blisko 13 godzin. Panowie ubecy nie mogli pojąć, po co to robię, kto mi zapłacił za taką wrogą kontrabandę, a nazwisko mera, który funduje polską bibliotekę, trafiło do kajetów. Ostatecznie, późną nocą wjechałem na terytorium Ukrainy; rozbity, upokorzony i przeczołgany kafkowskim absurdem. Nikt mi by wtedy nie wmówił, że mamy za naszą wschodnią granicą jakkolwiek przyjazne państwo. Tak nie zachowuje się państwo, którego celem jest budowanie normalnych, ludzkich relacji. To wyglądało jak zderzenie gołej dupy z pejczem – tak jak tylko może postsowieckie państwo upokorzyć jednostkę.
Pokazali materiał, że jak tu – do Warszawy przyjedzie, to dostanie mieszkanie i pracę
Czy myślicie Państwo, że wzbudziło to moją niechęć? Nie. Nadszedł marzec 2022 roku i trafiłem na Dworzec Główny, gdzie skrzyknięci wolontariusze, harcerze i ludzie dobrej woli poszli, by pomagać zjeżdżającym uciekinierom z Ukrainy. Straumatyzowane dzieci, matki które w reklamówce brały to, co akurat było pod ręką, zostaną pod moimi powiekami do końca życia. Były i tragikomiczne w tej sytuacji sytuacje, jak ta, kiedy ubrana w futra, obwieszona złotem, pani przedstawiła się jako żona kapitana sił zbrojnych Ukrainy i oznajmiła, że w TV pokazali materiał, że jak tu – do Warszawy przyjedzie, to dostanie mieszkanie i pracę. „To ja do tego mieszkania. Wieź mnie” – pięknym rosyjskim, w trybie rozkazującym mówi – a ja nie potrafiąc ukryć i zakłopotania, ale i braku cierpliwości, oferuję jej jedyną wtedy możliwość – halę Ptak Expo, gdzie aktualnie przebywa 7 tys osób. Cały hall główny dworca Warszawa Centralna słyszał jak byłem obsobaczany, „jak to możliwe, że ona nie dostanie skromnego, dwupokojowego mieszkania, skoro jej mąż walczy za nas – Polaków, a ja jej bezczelnie proponuję łóżko polowe na jakiejś hali”.
Wytrzymałem miesiąc, pracując od 18 do 3 w nocy, na drugim wolontariackim etacie. W kwietniu wojewoda mazowiecki postanowił „sprofesjonalizować” pomoc wolontariacką i rozgonił oddolny ruch wolontariacki a obsługę i pierwszą pomoc przekazał pewnej organizacji pozarządowej na czele której stał obcokrajowiec – obywatel USA. Znaliśmy się z dworca, widzieliśmy się codziennie, bo prowadził w samym centrum Warszawy ośrodek pomocy uciekinierom, oferując na jedną noc – ale w bardzo komfortowych, niemalże hotelowych, warunkach nocleg i wyżywienie. Wydawało się, że to dobry adres. Wielkie serce. Spotkaliśmy się pod koniec marca i ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu – ów Amerykanin, oznajmia „jeśli chcesz być dalej wolontariuszem u mnie, to musisz sobie kupić ubezpieczenie, nie będzie noszenia dzieci, bo co jeśli Ci dziecko spadnie pod pociąg? A tak w ogóle, to super biznes ta pomoc. Stary….gdzie ja na świecie zarobiłbym w miesiąc 700 tys. złotych. Najlepiej się zarabia na wojnie”. Czy muszę dodawać, że te słowa wyrwały mi moje polskie serce? My tu wypruwamy sobie żyły, jesteśmy 24 godziny na dobę dla tych biednych ludzi a pod naszym bokiem, ktoś robi gruby biznes pod płaszczem dobroczynności. Nie pojawiłem się więcej na Dworcu. Nawet dziś, gdy go mijam, to mam ogromnego kaca i myślę ilu takich cwaniaków było…
CDN.
Szymon M.
🔹 NIE ŻAŁUJCIE SZYMONOWI M. WSPARCIA. TO NASZ NOWY NABYTEK, KTÓRY DOPIERO SIĘ ROZKRĘCA!, A KTÓRY JUŻ WPROWADZA ABSOLUTNIE AUTORSKĄ I ODWAŻNĄ NARRACJĘ!
TU WYBIERZ WYSOKOŚĆ KAWY, KTÓRĄ CHCESZ GO WESPRZEĆ: https://buycoffee.to/portalwarszawski
Z góry Bóg zapłać! ⤵️⤵️
Portal Warszawski. O krok do przodu