Prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski przez lata przedstawiał się jako lider nowoczesnej, zielonej transformacji transportowej. Stolica wydała setki milionów złotych na zakup elektrycznych autobusów, które miały być symbolem ekologicznego postępu i europejskich ambicji miasta. Dziś jednak sam włodarz Warszawy ogłasza przetarg na 120 autobusów spalinowych, napędzanych olejem napędowym, tłumacząc to względami bezpieczeństwa i koniecznością zapewnienia sprawnej ewakuacji ludności w razie kryzysu. Jak czytamy na jednym z portali Zarząd Transportu Miejskiego ogłosił przetarg na zakup 120 autobusów przegubowych, które będą przystosowane do ewakuacji ludności. Pojazdy będą napędzane silnikami spalinowym i będzie w nich można zainstalować nosze.
Warszawiacy mają prawo czuć się oszukani
Przez ostatnie lata Warszawa inwestowała w elektryczne autobusy, korzystając ze środków unijnych i krajowych. Władze miasta chwaliły się kolejnymi dostawami elektrobusów, a sam Trzaskowski wielokrotnie podkreślał, że „zielona rewolucja” w transporcie publicznym jest jednym z fundamentów jego polityki. Dziś okazuje się, że te zakupy były nieprzemyślane w kontekście bezpieczeństwa. W sytuacji kryzysowej, przerw w dostawach prądu, konieczności długiej ewakuacji czy działania w trudnym terenie, autobusy elektryczne tracą swoje największe atuty, a stają się wręcz bezużyteczne. Niewielki zasięg, długie ładowanie i uzależnienie od infrastruktury energetycznej sprawiają, że zamiast chronić mieszkańców, mogłyby ich narazić. Warszawa kupowała dziesiątki elektrycznych autobusów, inwestowała w stacje ładowania i budowała narrację sukcesu. Dziś sam prezydent potwierdza, że w razie kryzysu to nie elektryki, ale właśnie klasyczne diesle na olej napędowy mają ratować warszawiaków.
Powstaje więc pytanie: czy wcześniejsze zakupy nie były wyrzucaniem pieniędzy w błoto? Czy nie lepiej było od początku wprowadzać zróżnicowany tabor — ekologiczny, ale również odporny na kryzysy? Dlaczego dopiero teraz władze miasta przyznają, że „zielone autobusy” nie sprawdzą się w sytuacjach awaryjnych?
Cała sytuacja wygląda na dowód, że decyzje Trzaskowskiego były podyktowane przede wszystkim polityką i chęcią budowania wizerunku, a nie realnymi potrzebami Warszawy. Gdy trzeba było pokazywać się na tle elektrycznych autobusów i zbierać punkty za „nowoczesność”, ratusz inwestował w elektryki. Gdy przyszło do poważnych rozmów o bezpieczeństwie, nagle okazuje się, że tradycyjny diesel jest niezastąpiony. A warszawiacy mają prawo czuć się oszukani. Najpierw władze mówiły, że elektryki są przyszłością i najlepszym rozwiązaniem dla miasta, teraz te same władze uznają, że w obliczu zagrożenia lepiej postawić na sprawdzoną technologię. To przyznanie się do błędu, ale bez odwagi, by go otwarcie nazwać.
Rafał Trzaskowski przez lata kreował się na prezydenta stawiającego na nowoczesny i ekologiczny transport. Dziś jego decyzja o zakupie 120 autobusów spalinowych jest de facto przyznaniem, że wcześniejsze inwestycje w elektryki były nie do końca przemyślane. To kosztowna lekcja, którą niestety zapłacili warszawiacy i to nie tylko pieniędzmi, ale także utraconą wiarą w konsekwentną i odpowiedzialną politykę transportową miasta.
Czekamy na rezygnację ze zwężania ulic, czas na opamiętanie i bezpieczeństwo Warszawiaków.
Portal Warszawski. O krok do przodu