Sytuacja gier hazardowych w Polsce od 2000 roku do dziś przeszła znaczące zmiany, od niemal dzikiego zachodu po surowe regulacje i wielkie procesy sądowe. Na początku XXI wieku rynek gier hazardowych był słabo uregulowany, a automaty do gier stały w barach, salonach i na stacjach benzynowych. Popularni „jednoręcy bandyci” często działali bez licencji, a rozwój internetu otworzył drzwi do pierwszych, w większości nielegalnych, platform zakładów online. Totalizator Sportowy, państwowy monopolista, dominował w organizacji gier liczbowych (np. Lotto) i loterii pieniężnych, ale reszta branży w dużej mierze funkcjonowała w szarej strefie. W efekcie państwo traciło miliony złotych z podatków, a gracze- ochronę przed nieuczciwymi operatorami.
Jaka jest dzisiaj sytuacja na tym rynku?
Punktem zwrotnym była tzw. afera hazardowa w 2009 roku, która wstrząsnęła polską sceną polityczną. Ujawnione powiązania polityków z lobbystami z branży hazardowej zmusiły rząd do natychmiastowej reakcji. W odpowiedzi na aferę hazardową w 2009 roku uchwalono Ustawę o grach hazardowych, która weszła w życie w 2010 roku. Wprowadziła ona bardziej rygorystyczne przepisy dotyczące organizacji gier hazardowych. Totalizator Sportowy otrzymał monopol na organizację gier liczbowych, loterii pieniężnych i kasyna online (później wprowadzone jako Total Casino w 2018 roku), a automaty do gier zostały objęte ścisłymi regulacjami, co doprowadziło do ograniczenia ich liczby w miejscach publicznych. Wiele nielegalnych punktów zostało zamkniętych, choć szara strefa nadal była problemem. Legalne zakłady bukmacherskie mogły być organizowane tylko przez podmioty posiadające licencję Ministerstwa Finansów.
Ale walka z szarą strefą wcale nie była łatwa. W 2016 roku, aż 76,5% rynku hazardu online nadal działało nielegalnie, co oznaczało, że większość przychodów z gier online trafiała do nielegalnych operatorów. Nielegalne zagraniczne platformy przyciągały graczy lepszymi kursami i brakiem podatków. Kluczowym momentem dla rynku hazardowego była nowelizacja ustawy o grach hazardowych, która weszła w życie w kwietniu 2017 roku.
Państwo kontra giganci branży
To właśnie na tle tych zmian rozgrywa się proces, który dziś obserwujemy. Sprawa ciągnie się już prawie 15 lat, a oskarżonymi są postacie bardzo dobrze znane w hazardowym biznesie – panowie Mirosław Chibowski, Dariusz Ptasznik oraz były wykładowca Politechniki Warszawskiej – Andrzej Sierociński. Chibowski i Ptasznik to nie tylko byli członkowie zarządu spółki Gametek sp. z o. o., w swoim czasie absolutnego lidera na rynku automatów do gier hazardowych. W okresie, kiedy państwo polskie dopiero zaczynało poznawać tę branżę, panowie odpowiadali również za opiniowanie techniczne automatów i gier wprowadzanych na polski rynek. Byli to ludzie z samego centrum hazardowego imperium, którzy przez lata zasiadali w organach i pełnili funkcje prokurentów w różnych spółkach grupy Zjednoczonych Przedsiębiorstw Rozrywkowych SA (ZPR), a jednocześnie uchodzili za zaufanych współpracowników głównego akcjonariusza, beneficjenta rzeczywistego całej grupy ZPR – Zbigniewa Benbenka. Ten ostatni, co istotne, pełnił funkcję Przewodniczącego Rady nadzorczej Gametek w okresie, gdy – według prokuratury – spółka prowadziła nielegalną działalność hazardową.
Gametek była niemal w całości własnością ZPR, giganta kontrolowanego przez tajemniczego przedsiębiorcę Zbigniewa Benbenka, który przez lata budował potężną pozycję w branży rozrywkowej i hazardowej. Według ustaleń prokuratury, w latach 2007-2009 spółka Gametek osiągnęła przychody rzędu 400 milionów złotych, jednak zyski były symboliczne – zaledwie kilka procent obrotu. Do tej pory jednoznacznie nie ustalono, gdzie trafiły wskazane przychody. Wszystko to działo się w czasie urządzania gier na 1017 automatach niespełniających wymogów ustawy hazardowej.Lista zarzutów w akcie oskarżenia jest imponująca: podstępne wprowadzenie w błąd urzędników Ministerstwa Finansów, wyłudzenie poświadczeń nieprawdy, świadome urządzenie i prowadzenie gier na maszynach o niskich wygranych oraz posługiwanie się opiniami technicznymi, które – zdaniem prokuratury – nie odzwierciedlały stanu faktycznego. Wśród zarzutów znalazło się też podżeganie pracowników Politechniki Warszawskiej do wystawienia nierzetelnych opinii dla automatów.
Sam Benbenek kontroluje dziś spółki posiadające 37 z 51 koncesji na kasyna gry w Polsce. Wymogi ustawy o grach hazardowych jasno mówią o konieczności posiadania „nienagannej opinii” przez beneficjentów rzeczywistych podmiotów koncesyjnych. A pytanie, które coraz częściej pada, brzmi: czy można było nie wiedzieć, że spółka, której się przewodniczy, działa – według prokuratury – nielegalnie? W takich realiach naturalnie pojawia się większe zainteresowanie opinii publicznej standardem tzw. nienagannej opinii – traktowanym nie tylko jako formalny wymóg, ale również jako element budujący zaufanie do wiarygodności kluczowych uczestników rynku. Stanowi także punkt odniesienia dla instytucji nadzorczych, które stoją na straży równowagi i przejrzystości procesu koncesyjnego.
Tego rodzaju powiązania właścicielskie sprawiają, że historia spółek zależnych powinna być traktowana jako ważny element oceny reputacyjnej beneficjentów rzeczywistych, szczególnie gdy w grę wchodzi dostęp do koncesji.
Oskarżającym w tej sprawie jest Prokuratura Krajowa, a nic nie wskazuje na to, aby sprawa miała się szybko zakończyć, o czym niebawem.
We wtorek, 12 sierpnia br. pierwszym świadkiem zeznającym na niekorzyść oskarżonych była Pani Lidia Mołodecka, były pracownik izby skarbowej w Szczecinie, a w swoim czasie dyrektor jednego z oddziałów zajmujących się szeroko pojętym rynkiem gier hazardowych. Jak sama podkreślała, oskarżonych osobiście nie zna, ale doskonale zna dokumentację i opinie techniczne wystawiane przez Andrzeja Sierocińskiego. Mołodecka od 2008 roku kierowała Oddziałem do Spraw Zadaniowych, a jej kompetencje w tej sprawie są na tyle istotne, że sąd poświęcił jej ponad godzinę przesłuchania. Opierając się na opiniach technicznych i przepisach prawa, w latach 2009-2013 była odpowiedzialna za dopuszczanie na polski rynek automatów do gier.
Działaliśmy na dwóch poziomach, a opinia wiązała organ z zakresem takim, jakim zawierało rozporządzanie. Mieliśmy zastrzeżenia do opisu procesu, w szczególności gier, a wynikało to z możliwości przerywania (przechodzenia w czasie gry) stawek z licznika podstawowego na licznik bank. Również sposób wypłat był bardzo skomplikowany, a polegało to na tym, że suma wygranych automatycznie wygenerowana przez automaty, gdzie sumy te porywały koszty kolejnych gier – mówiła w czasie rozprawy Lidia Mołodecka. My uznawaliśmy, że jeśli chodzi o opinie, to wiąże nas przede wszystkim ustawa – dodaje. My zaś dodajmy, że jest mowa o roku 2009 kiedy to polski system prawny dopiero takie ustawy tworzył. W zamyśle państwo polskie próbuje udowodnić oskarżonym przekroczenie kompetencji, nieuczciwe opiniowanie i co za tym idzie, zapewne straty finansowe, które miało ponieść państwo polskie.
To jednak rok 2008 był przełomowy dla służb celnych. Wprowadzane wówczas automaty do gier często dawały możliwość wygranych przekraczających dopuszczalne normy. W odpowiedzi powołano specjalny zespół urzędników, który miał przeprowadzać doświadczenia i oceniać, czy gry nie stwarzają ryzyka. Decyzję o utworzeniu tego zespołu podjął wiceminister finansów Jacek Kapica. Celem było stworzenie wyspecjalizowanego ośrodka, w którym urzędnicy zdobędą wiedzę o przepisach, ryzykach i mechanizmach działania branży hazardowej.
Jednym z najciekawszych wątków jej zeznań była akcja operacyjna pod kryptonimem „Terapia”. Rząd nie radził sobie z legalnym i nielegalnym rynkiem, akcja miała objąć od 300 do nawet tysiąca automatów w całym kraju. Maszyny te badano pod kątem uczciwości działania – czy faktycznie grają zgodnie z przepisami, czy są narzędziem do oszustw. Ale nasze państwo okazało się być sparaliżowane brakiem kompetencji i odpowiednich ustaw regulujących ów rynek. Co ciekawe, osoby badające automaty były często biegłymi sądowymi.
To nie kończy sprawy
Obserwując ten proces, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że stawką jest coś znacznie większego niż odpowiedzialność kilku osób zasiadających dziś na ławie oskarżonych. Pojawia się także pytanie o fundamenty, na których opiera się system gier hazardowych w Polsce, a przede wszystkim o to, czy mechanizmy nadzoru działają w sposób budzący zaufanie.
W tym kontekście szczególnego znaczenia nabiera wymóg posiadania przez beneficjentów rzeczywistych tzw. nienagannej opinii. To nie tylko formalny zapis ustawy, lecz mechanizm mający gwarantować przejrzystość rynku i uczciwość jego uczestników.
Dlatego każdy sygnał podający w wątpliwość zgodność działań z prawem rezonuje szerzej – bo na końcu stawką nie jest wyłącznie los kilku oskarżonych, lecz wiarygodność całego systemu koncesyjnego oraz przejrzystość postępowań przetargowych.
Jesteśmy świadkami naprawdę bardzo ciekawej batalii między mitologicznym Goliatem a Dawidem, gdzie racje jak na razie nie pokrywają się, a sama sprawa ciągnie się drugą dekadę.
Kolejna rozprawa, o której napiszemy, już za niecały miesiąc.
Portal Warszawski. O krok do przodu