Niezwykłe malarstwo w Galerii S7, przy ul. Senatorskiej 7
Dwa tygodnie temu, Piotr Bernatowicz, były dyrektor CSW Zamek Ujazdowski, otworzył kolejną już wystawę w swojej własnej galerii S&, która mieści się przy ul. Senatorskiej 7. Tym razem tematem wystawy jest wielowymiarowość prac doskonałej polskiej malarki Beaty Stankiewicz pt. „Pochwała cienia” inspirowaną esejami japońskiego pisarza Jun’chirō Tanizaki. Na wystawie prezentowanych jest szesnaście obrazów Beaty Stankiewicz. Dwa największe płótna: „Pokój z czerwonym łóżkiem” oraz „Pokój z dwoma tapczanami” pochodzą z roku 2017. Pozostałe powstały już w roku 2024. Najnowszą grupę obrazów stanowią przedstawienia wnętrz sakralnych z Włoch, Polski, Portugalii i Austrii. W najbliższych komunikatach opowiemy więcej o poszczególnych obrazach.
Inspiracją do obrazów Beaty Stankiewicz prezentowanych na wystawie w S7 i źródłem jej tytułu stał się zbiór esejów japońskiego pisarza Jun’chirō Tanizaki. Europejczykom cień kojarzy się nieuchronnie z czymś negatywnym, automatycznie ustawiamy cień obok zła na skrajnym biegunie etycznej skali, podczas gdy na przeciwległym jej biegunie umieszczamy dobro i jasność. Nie takie jest przesłanie esejów Tanizakiego, ani prezentowanych płócien Beaty Stankiewicz. Nie chodzi tu o apologię złowrogiego cienia, który próbuje ogarnąć jasność, choć, jak wiemy od św. Jana, nigdy jej nie ogranie. Napisana w latach trzydziestych „Pochwała cienia” jest w istocie antymodernistycznym manifestem. A może raczej anty-manifestem, biorąc pod uwagę fakt, że artystyczne manifesty początku XX wieku były w swej istocie heroldami przyszłości. Autor krytykuje wiele aspektów nowoczesności zaimportowanych do Japonii z Zachodu, m.in. zżyma się na bezrefleksyjne uwielbienie dla elektrycznego światła, które zgodnie z mottem nowoczesności ma prowadzić do zwycięstwa nad słońcem, zapanowania nad naturą. Tymczasem chęć wszechobecnego oświetlenia pozbawia naturę, ale także tradycyjną japońską architekturę szczególnej cechy i piękna polegającej na grze światła i cienia. Jest to, dowodzi Tanizaki, istotna wartość tradycyjnej japońskiej estetyki, która rozpływa się w płynącej z Zachodu nowoczesności i elektryczności. Tak rozumiany mrok i cień jest niezbywalną częścią świata, amputowanie tej części – przekonuje Tanizaki – być może czyni życie bardziej wygodnym, ale jednocześnie odbiera mu urok i wdzięk, którego niczym się nad zastąpić.
Widoki wnętrz mieszkalnych oraz świątyń, które stanowią główny motyw prezentowanych obrazów Beaty Stankiewicz oświetlone są prawie zawsze światłem słonecznym wpadającym z zewnątrz. Lampy sufitowe i lampki nocne pozostają wyłączone pozwalając, by światło słoneczne łagodnie wślizgiwało się do pomieszczeń, wędrowało po ścianach wywołując jasne plamy na przedmiotach łagodnie opisując ich kontury. We wnętrzach tych nie panuje jasność bezwzględna, cień gęstnieje w narożach, na skraju blatów stołów, biurek i szafek, pod krzesłami i szafami, w ściennych załomach. Do wnętrz mieszkalnych światło wkracza poprzez matową powierzchnię okien, patrząc w rozświetlone membrany szyb nie dostrzegamy tego, co dzieje się na zewnątrz. Gra światła i cienia ożywia je i stwarza umieszczone w nich przedmioty. Nie sprawia, że rozpływają się w powietrzu, jak barwna mgiełka w impresjonistycznych płótnach. Przeciwnie mają trwałość, namacalność, nieprzejrzystość, ciężar, patynę, jaką pokryły się podczas użytkowania. Są to wnętrza używane, noszące piętno obecności mieszkańców, ślady subtelne i nienachalne. Wnętrza są uporządkowane, łóżka zaścielone – nieznajoma ręka wygładziła powierzchnię poduszek likwidując wgłębienia pozostałe po głowach śpiących. Wysprzątane wnętrza na obrazach z cyklu „Dom pracy twórczej”, z którego pochodzi część prezentowanych obrazów, już wysprzątane czekają na nowych gości, ale pozostałość lokatorów poprzednich, mimo zabiegów porządkowych, nie zniknęła całkowicie. Używanie przedmiotów, czyli zapis ich trwania i życia, odkłada się w ich materii, a ich pielęgnowanie paradoksalnie jeszcze bardziej ten subtelny szlif starości uwidacznia.
Szlif starości – pisze Tanizaki – brzmi ładnie, ale tak naprawdę to brud ludzkich rąk wtarty do połysku (…) Jeżeli prawdę powiada aforyzm, że „piękne jest zimne”, to mamy także prawo określić piękne jako przybrudzone. Byłoby to zatem nie anielskie, ale ludzkie piękno, a cień symbolizuje nie tyle brak światła, ale materię jako ślad ludzkiej obecności, formowany w czasie i jednocześnie będącą tego czasu zapisem. Kontemplacja tego rodzaju piękna w obrazach Stankiewicz skłania nas do szerszej refleksji na temat tego, do czego prowadzi nas nowoczesność, nie tylko ze swoim dążeniem do unicestwienia cienia, ale też uprzątnięcia wszelkich śladów starości. Przebywanie w wiekowych domostwach, pośród starych sprzętów w zadziwiający sposób przynosi nam spokój i koi nasze nerwy – zauważa Tanizaki i ta obserwacja dotyczy nie tylko Japonii, ale także ludzi Zachodu. To wrażenie można odnieść także do wnętrz domu pracy twórczej przedstawionych w obrazach Beaty Stankiewicz, która akcentuje właśnie ten klimat spokoju i wyciszenia. Jak dowiedziałem się od artystki, wkrótce po powstaniu tych obrazów dom pracy twórczej przeszedł gruntowny remont i wnętrza te zmieniły się nie do poznania. Możemy się domyślać, że stare meble zostały usunięte, zagipsowano i pomalowano ściany, wymieniono podłogi. W nowych, podwieszanych sufitach umieszczono idealnie rozproszone ledowe, zimnie światło. Oczywiście, konserwatorskie i pielęgnacyjne zabiegi we wnętrzach są niezbędne, jednak wielokrotnie można odnieść wrażenie, że wynikają one z czegoś innego niż konieczność. Czy nie idą one wbrew skonstatowanej przez Tanizakiego uspokajającej i kojącej sile starzyzny? Czy nie polegają raczej na chorobliwym kulcie nowości i przyniesionej przez nowoczesność idei czystości, który skłania nas do usuwania wszelkiej patyny z otaczającej nasz rzeczywistości, nawet jeśli nie wpływa to bezpośrednio na jakość naszego życia? Nawet więcej, jeśli w jakimś stopniu zubaża nas estetycznie i psychicznie? Tworzymy sterylne pomieszczenia, w których czujemy się niezbyt dobrze.
Boczne wejście (Pienza), olej na płótnie, 85 x 45 cm, 2024 (fragment)
Obrazy Beaty Stankiewicz z cyklu „Boczne wejścia” na wystawie „Pochwała cienia” w S7, fot. Mikołaj Bernatowicz
Także wśród wielu polskich malarzy podejmowało motyw sakralnych wnętrza. Stało się to specjalnością warszawskiego wedutysty pierwszej połowy XIX wieku, Marcina Zaleskiego. W swoich płótnach koncentruje się on na oddaniu szczegółów wnętrz i ich przestrzeni, ukazaniu mistrzostwa w operowaniu techniką perspektywy. „Wnętrze kościoła OO.Dominikanów w Krakowie” z 1849 roku ukazuje boczną nawę krakowskiej świątyni ze schodami prowadzącymi do najważniejszej kaplicy świątyni, w której znajduje się konfesja św. Jacka Odrowąża. Zaleski drobiazgowo oddaje nie tylko architekturę świątyni, kształty balasek balustrady przy schodach prowadzących do kaplicy, polichromie sklepienne, dba o oddanie naturalnego rozkładu oświetlenia – od ciemniejszej nawy bocznej, poprzez nawę główną do jaśniejszego prezbiterium. Szczegółowo dokumentuje wyposażenie świątyni, odwzorowuje ołtarze przy filarach wraz umieszczonymi w ich retabulach obrazami, których motywy można z łatwością odczytać. Realizm sceny pogłębiają przedstawienia postaci wiernych w świątyni: siedzących w ławkach, modlących się przy bocznym ołtarzu, zmierzający schodami w stronę kaplicy i klęczących u stóp konfesji św. Jacka.
Pytania powyższe wybrzmiewają także w eseju Tanizakiego, który dokonuje krytyki nowoczesności z perspektywy estetycznej i tożsamościowej. Nie jest to krytyka bezwzględna, autor nie tępi z nastawianiem fanatyka wszelkich technologicznych udogodnień, jakie przyniósł technologiczny postęp. Zwraca uwagę raczej na nieprzemyślany sposób wprowadzania postępu, który nie tyle ułatwia życie, co czyni je trudniejszym niszcząc przy okazji to, co stanowiło lokalną tradycję i piękno. Wymownym przykładem, który opisuje Tanizaki, jest unowocześnianie japońskiej tradycji oglądania jesiennej pełni księżyca: Na dzień przed pełnią ukazuje się w gazecie artykuł, z którego dowiaduję się, że dla dodatkowego uatrakcyjnienia pobytu miłośnikom pięknych widoków księżyca postanowiono zainstalować w lesie wokół świątyni megafony i puszczać z nich… nagranie Sonaty Księżycowej. Natychmiast zrezygnowałem z wyjazdu do Ishiyamy. (…) To przywodzi mi na myśl inny wypadek, kiedy także pokrzyżowano mi zamiar oglądania księżyca. Owego roku zamierzaliśmy wypłynąć łódką i podziwiać księżyc w pełni od strony jeziora przy Świątyni Suma. Zebraliśmy grupkę przyjaciół i, zaopatrzeni w zapakowane w składane pudełka z laki przysmaki, odbiliśmy, gdy naraz naszym oczom ukazały się olśniewające świetlne dekoracje w pięciu kolorach, biegnące wokół całego jeziora. A księżyc? Cóż był, ale równie dobrze mogło by go tam wcale nie być.
Wystawa „Pochwała cienia” jest próbą podjęcia refleksji na temat naszego postrzegania piękna, tego co je tworzy, a także procesów, które w swych intencjach pozytywne jednocześnie dokonują nieodwracalnych spustoszeń w naszym otoczeniu, ale też w naszych umysłach. Można mówić nie tylko o nowoczesności jako postępie technologicznym, ale także jako swego rodzaju mentalności, by nie powiedzieć mocniej – ideologii, która jak każda ideologia tworzy wyimaginowany obraz rzeczywistości, który nie bierze pod uwagę prawdy o ludzkiej naturze i naturze świata. Przesłanie i eseju Tanizakiego, jak i wystawy malarstwa Stankiewicz nie jest zatem apologią „moralnego cienia”, a raczej dyskretnym zwróceniem uwagi na fakt, że ludzkie piękno bierze się z pewnej subtelnej równowagi światło-cienia, natomiast bezwzględne umiłowanie światła może prowadzić do zaślepienia i utraty widoku rzeczywistości, co w skrajnych przypadkach – mówi o tym historia Ikara – może zakończyć się katastrofą.
Wystawa trwa od 22.02 -30.03.2025 r. i jest dostępna po umówieniu telefonicznym: +48 664 977 481, lub mailowym: s7@s7art.pl