W wieku 98 lat zmarł ostatni żyjący warszawski robinson, Wacław Gluth-Nowowiejski ps. „Wacek”

Dzieciństwo wspaniałe, chociaż czasy były trudne, co tu dużo mówić, urodziłem się ciut, ciut, przedwcześnie. Dlaczego? Dlatego że w maju 1926 roku, czyli w wypadkach majowych. Moja mama tak strasznie się zdenerwowała tym, co się dzieje w Polsce i co się w ogóle dzieje, że troszeczkę wcześniej wyskoczyłem, albo byłem tak ciekawy, że chciałem zobaczyć co się dzieje. Niestety były to bardzo trudne czasy dla Polski i o tym nie bardzo mogę opowiedzieć osobiście, bo wtedy jeszcze myślałem zupełnie o czym innym, albo wcale jeszcze nie myślałem. To jest to, ale ja byłem już czwartym dzieckiem moich rodziców i to najmłodszym oczywiście. Najpierw się urodzili dwaj bliźniacy, potem się urodził trzeci, krótko mówiąc było nas czterech budrysów, czterech chłopaków, którzy zapowiadali się na całkiem niezłych urwisów i chyba takimi trochę byli – mówił Wacław Gluth-Nowowiejski w biograficznym wywiadzie udzielonym Muzeum Powstania Warszawskiego, który zmarł trzy dni temu, 23 grudnia, przeżywszy 98 lat.

Wspomnienia

Wacław Gluth – Nowowiejski urodzony 1926, to syn legionisty i współpracownika marszałka Piłsudskiego, pułkownika Alojzego Gluth-Nowowiejskiego. Do konspiracji wstąpił w 1942 r. W Powstaniu Warszawskim walczył w Zgrupowaniu AK „Żmija” na Żoliborzu. Ranny, ukrywał się na Marymoncie do połowy listopada 1945 r. Po wojnie podjął studia na UW. W 1948 r. aresztowany przez komunistów, skazany na 8 lat więzienia, zwolniony w 1953 r. Pracował jako dziennikarz, autor kilku książek, między innymi Rzeczpospolita gruzów. Varsavianista.

Oto najciekawsze, według nas, fragmenty rozmowy z Archiwum Historii Mówionej, które zebrało Muzeum Powstania Warszawskiego.

O Warszawie, której już nie ma

Mój ojciec, który miał bardzo wysokie stanowisko w wojsku, nigdy nie korzystał ze służbowych samochodów, jeździł po prostu autobusem, to był tego rodzaju człowiek. Krótko mówiąc nie byliśmy rozkapryszeni, czyli jakoś tak chowani, że jesteśmy małymi książątkami. Nie, jeździło się autobusami do szkoły, do Batorego było dość daleko. Natomiast Warszawa była miastem dla mnie zawsze olśniewającym. Kiedy rodzice wyprowadzali nas na przykład na Nowy Świat i się szło Nowym Światem, fantastyczne, wielkimi chodnikami, sklepy pełne świateł, cudownych witryn sklepowych, to był świat bajki. Wszystko się ruszało, na tych wystawach było pełno różnych ciekawostek. Ale jednocześnie było to miasto, które miało szczególny jakiś urok i ducha tych ludzi, którzy tam mieszkali. Ten duch już nigdy do tego miasta nie wrócił, dlatego że po prostu ludzie dawni przestali istnieć, bo po prostu zginęli. Oczywiście Warszawa dzisiaj też ma jakiś swój nastrój, nieco inny, szczególnie już dzisiaj to jest miasto zupełnie inne, niemniej jak gdyby powtarzając za strofami poety, to miasto już nie powróci nigdy, takie, jakie było kiedyś.

O Powstaniu Warszawskim

Powstania nie można traktować jako samodzielnego aktu zbrojnego przeciwko okupantowi. Powstanie absolutnie wynikało z pięciu lat potworności, jakie przeżywaliśmy tam wtedy. Ile jest tych dni? Tysiąc osiemset, czy coś tych dni, co każdy dzień był zagrożeniem śmiertelnym. Jakby to rozwinąć, jeśli kogoś by to interesowało, to wystarczy, że poczyta trochę pamiętników, to będzie wiedział co się działo w 1940, 1941, 1942, 1943, 1944 roku w tym mieście i że negowanie tego, że właściwie to było bezsensowne chwytanie za broń, to dzisiaj jest to zrozumiałe jak racjonalnie się na to patrzy, że miasto zostało zniszczone kompletnie, zginęło potwornie dużo, właśnie zginęło całe miasto od strony ludności. Ale ci co tam byli, to nie wyobrażają sobie żeby nawet z gołymi rękami, tak jak się to poszło w większości, żeby nie poszli, to było niemożliwe.

O Starzyńskim

To był człowiek, któremu mało pomniki, on powinien być w jakimś… za mało on jest przez Warszawę, miasto obecne, współczesne, za mało jest honorowany według mnie. Taki pomnik, co powstał przy Placu Bankowym, to jest nieudany po pierwsze. Po drugie za mało się o nim mówi i za mało jest filmów, właśnie filmów nie ma zrobionych o Starzyńskim. To był człowiek, który oczywiście widział, że wcześniej czy później skończy się tak jak się skończyło, że go zabiją. Ale całą Warszawę potrafił porwać swoimi wystąpieniami, swoimi przemówieniami w tragicznych sytuacjach, jak wszystko się już waliło, jak on powiedział, ludzie od nowa, wszyscy szli do tego, odbudowywali, odgruzowywali, starali się tam, gdzie jeszcze może ktoś żyje, to rękami gołymi to wszystko wyciągać. Mało, nie było już nic, to natychmiast się gdzieś zjawiała skądś żywność, to gdzieś się jakieś sklepiki otwierały, żeby ludzie mogli przeżyć.

Przysięga

Sama przysięga odbyła się w lokalu u jednego z dowódców plutonu. Zastępca dowódcy plutonu, podchorąży „Sławek”, mieszkał na Marszałkowskiej i tam się właśnie odbywały przysięgi tych nowo przyjętych żołnierzy Armii Krajowej do jego plutonu. Był to pluton 225 w Zgrupowaniu „Żmija”, które to zgrupowanie obejmowało w razie walk teren Dolnego Żoliborza i Marymontu. W wyznaczonym terminie poproszono nas tam, było to emocjonujące dla mnie szalenie, bo wiedziałem o tym, że teraz jestem już pasowany na rycerza, że teraz już naprawdę skończył się ten pierwszy etap i teraz już zostanę przyjęty na pewno. Odbyło się to w ten sposób, że przyszliśmy wszyscy tam, nas tak wielu nie mogło być, bo były jednak przestrzegane konspiracyjne [zasady]. Było nas kilku na pewno, przyszedł dowódca plutonu i jeszcze dowódcy dwóch drużyn, przyszli, żeby było to tak [uroczyściej] i stanęliśmy na baczność w szeregu, a oni odczytali przysięgę… to się nazywa chyba nie przysięgę, tylko coś w rodzaju roty. Trzeba było przysiąc, palce podniesione do góry, tym bardziej że to się kończyło: „Tak mi dopomóż Bóg” i się kładło palec na krzyżu. […] Trudno mi powiedzieć, ale wiem, że byłem bardzo wzruszony i lekko oszołomiony, że to było dla mnie bardzo duże przeżycie, ten moment był bardzo dużym przeżyciem.

Drugim momentem, o którym też nie zapomnę na pewno, to była właściwie pierwsza zbiórka całego plutonu, kiedy zobaczyłem, że to jest strasznie fajne towarzystwo, że młodzi wspaniali chłopcy i weseli, energiczni, inteligentni, że w ogóle cudowne wojsko. Jeśli chodzi o mnie, to moi bracia się pogodzili, aczkolwiek byli wkurzeni, jak to się dzisiaj mówi, ale pogodzili się z tym. Oczywiście bardzo zastrzegali, żebym nie robił żadnych numerów, tylko żebym spokojnie uczył się i chodził na komplety. Wszystko to robiłem, zrobiłem maturę w 1944 roku na kompletach, w ostatniej chwili przed Powstaniem, osiemnastolatek.

Pierwszy dzień Powstania Warszawskiego

Byłem dowódcą drużyny w plutonie AK na Żoliborzu. Tuż przed wybuchem Powstania udało mi się zdać maturę i zrobić podchorążówkę. W ostatnich dniach lipca ogłoszono tajną mobilizację, ale potem kazano nam rozejść się do domów. Aż 1 sierpnia zaczęło się: Godzina W! Stawiłem się na Żoliborzu w punkcie zbiórki, ale poza mną z drużyny dotarły tylko trzy osoby. Kilka godzin czekaliśmy w niepewności. Nagle w pobliżu rozgorzała walka, głośna strzelanina. A my ciągle nie mieliśmy broni. Co z tego, że byłem dowódcą? Nie mogłem nic zrobić.

Po jakimś czasie przybiegł chłopak z informacją, że nasz magazyn wpadł. Uzbieraliśmy tylko kilka sztuk broni. Było nas już wtedy dwunastu. Na rozkaz „Wychodzimy” poszliśmy z dwoma karabinami, pistoletem maszynowym i kilkunastoma granatami. Po prostu katastrofa…

Z bazy na Dolnym Żoliborzu przeszliśmy ostrożnie na Marymont. Na początku panował kompletny chaos. Dookoła strzelanina, a rozkazy wydawali nam jacyś oficerowie, których nigdy wcześniej nie widzieliśmy. Sporo obiektów niemieckich zaplanowano „do zdobycia”, nie udało się zdobyć żadnego. Przewaga sił niemieckich uniemożliwiała jakiekolwiek starcia. My nie mieliśmy broni. Mijały godziny. W końcu przyszedł rozkaz dowódcy obwodu ppłk. „Żywiciela”: „Zbieramy się o ósmej wieczorem na ulicy Mickiewicza”. Dotarliśmy tam, by posłyszeć, że mamy wyjść z miasta do Puszczy Kampinoskiej! Totalne zaskoczenie, żołnierze protestowali. Ale nocą wyruszyliśmy. Zatrzymaliśmy się we wsi Wiersze. Całą noc lało, byliśmy śmiertelnie zmęczeni, mokrzy, zniechęceni. Nastroje minorowe. I dowiadujemy się, że rano wracamy na Żoliborz! To był straszny dzień.

Łapanki, Oświęcim

Ale poza łapankami, od momentu, kiedy Niemcy się zorientowali, że już istnieje podziemie, że podziemie ma zamiar walczyć z nimi, to dostali już takiej furii, że ci półludzie, Polacy, śmią w ogóle podnieść rękę na żołnierza niemieckiego i na Niemca. Wtedy zaczęli wprowadzać ludobójcze metody. Po pierwsze Pawiak, który został do maksimum wykorzystywany był zawsze, tam były takie straszne tłumy i stała rotacja. Co to znaczy rotacja? Rotacja polegała na tym, że część wyjeżdżała do Oświęcimia na początku, pierwsze lata to Oświęcim, następnie inne obozy koncentracyjne. Część była zakładnikami, listy wywieszano, że są zakładnikami, że jeśli się powtórzy, że jeszcze jakiegoś Niemca się zabije, to będą wszyscy rozstrzelani, czyli tak zwana zbiorowa odpowiedzialność. Wreszcie to najgorsze co przyszło, to rozstrzeliwania uliczne. Powiedział mi kolega: „Słuchaj, to jest bardzo złe słowo ‹‹rozstrzeliwać››. Co to znaczy rozstrzeliwać? Rozstrzelać kogoś to jest honorowe. Rozstrzelać, bo on musi być rozstrzelany, a tutaj to było zabijanie, to było morderstwo, zbiorowe morderstwo.” Osobiście nie uczestniczyłem na szczęście w niczym takim, ani nawet nie widziałem, natomiast widziałem te fragmenty po [egzekucjach], ze dwa albo i trzy nawet może. Potem to była wymarła ulica, to byli w bramach schowani ludzie wyglądający, a potem na tych miejscach pełno kwiatów i świeczek. To było kilkadziesiąt w Warszawie.

Pamiętam na Nowym Świecie takie miejsce. Pamiętam… ale ważniejsze jest to co mój brat Zbyszek przeżył. Mianowicie on też wracał, z pracy chyba wracał i zatrzymali, wszystkich wyrzucili z tramwaju, zamknęli ulicę, więc nie wiedzieli, co się dzieje, na wszelki wypadek wskoczył do bramy. Tam już dużo ludzi czekało, była to ulica Puławska niedaleko zbiegu z Rakowiecką. To właśnie przywieźli i on uczestniczył w czymś takim, tylko jako widz, jako ten, który stoi tam skamieniały, przerażony i zaciskający ręce. Kiedy przywieziono, to wtedy chyba sto osób zostało zabitych. To już wtedy ich przywozili z zaklejonymi ustami i ze skrępowanymi rękami. – koło dawnego kina Moskwa jest tablica upamiętniająca to wydarzenie.

Po wojnie. Ubecja

Wacław Gluth-Nowowiejski został skazany na 8 lat więzienia za nielegalne posiadanie broni.

Przechodziłem śledztwo, [które] było potworne pod względem psychicznym, dlatego że to była metoda w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, w tej kaźni, tam było najgorzej. Mieli metodę, mniej tłukli, ale to wyglądało tak, że prawie w ogóle nie zmrużyłem oka przez całe niemalże tygodnie. Oni się zmieniali, a ja ciągle byłem. Oczywiście, trochę puszczali mnie na dół, do tych kazamat na dole, już człowiek na tych deskach się położył, bo to tylko były deski i nic na nich, człowiek się na nich kładł. Szedłem i spałem już, ledwo się położyłem, sen wpadł, a tu walą: „Na gie, na gie, no to Gluth-Nowowiejski, wychodź na górę!”. I znowu. Krótko mówiąc, po pewnym czasie ja naprawdę nie wiedziałem, co ja mówię. Przysięgam i wcale się nie dziwię tym wszystkim, którzy zgadzali się potem na wszystko. Tamci mieli jeszcze trudniejsze, bo mieli takie tak zwane zimowe, jeśli w zimie, to go rozbierali do naga, przy oknie stawiali i on stał tam całą noc, padał, bo już nie mógł inaczej, to go oblewali wodą, i tak dalej. Ale to są inne rzeczy. Ja takich rzeczy nie miałem, natomiast miałem tę psychiczną [torturę]. Niepotrzebnie zresztą, bo od razu, dość szybko, nasza cała sprawa była wydana, bo jednego z naszych kolegów przycapili na gorącym uczynku z bronią, wszystko o nim wiedzieli, ale on się niesamowicie długo nie przyznawał do niczego, więc jego potwornie tłukli, bo się zdenerwowali, tak że półprzytomnego wrzucali potem do celi i się załamał. Jak się załamał, to powiedział wszystko, wszyściusieńko, wszystkich kolejno, jak i co, gdzie, u kogo, jaka broń. Było to trochę bez sensu, ale w takich czarnych czasach to człowiek mówił, że nic nie wie. Dopiero jak któregoś dnia przyszli, wezwali mnie, położyli, to co było u mnie i mówią: „No i co?”.

 


Dwóch, Zbigniew i Janusz, jeszcze przed Powstaniem: zostali rozstrzelani 14 kwietnia 1944 r. na Pawiaku. Kolejny, Jerzy – żołnierz 3. Batalionu Pancernego „Golski” – poległ 9 września. Na zdjęciu; Maria Gluth-Nowowiejska i jej czterej synowie, lato 1943 r. Od lewej Jerzy, Wacek, Zbigniew, mama, Janusz. Rok później trzech braci już nie żyło.

Wacław Gluth-Nowowiejski pokazuje okno piwnicy, w której się ukrywał. Koniec lat 70. XX w.


 

Kim byli Robinsonowie?

Robinson Crusoe, bohater powieści Daniela Defoe, to rozbitek przebywający na bezludnej wyspie. Powieści popularnej i wielokrotnie wznawianej w przedwojennej Polsce, a nawet podczas okupacji. Michał Studniarek, autor monografii o Robinsonach, zastanawiając się, dlaczego tak właśnie zaczęto nazywać ukrywających się, zwraca uwagę na jeszcze jeden trop. W 1937 r. Antoni Słonimski wydał powieść fantastyczno-naukową Dwa końce świata. Jej głównym bohaterem jest Henryk Szwalba, księgarz, który przypadkowo ocalał w Warszawie po zagładzie prawie całej ludzkości i żyje samotnie w pustym mieście. Warszawa z powieści Słonimskiego nie jest zniszczona. Szwalba jest jednak określany właśnie jako warszawski Robinson.

Robinsonami warszawskimi przyjęło się nazywać osoby, które ukrywały się przed Niemcami od upadku powstania warszawskiego (w przypadku niektórych początek ukrywania się przypada na okres, kiedy powstańcze walki jeszcze trwały) do zajęcia Warszawy przez jednostki Armii Czerwonej i I Armii Wojska Polskiego, 17 stycznia 1945 r.

Wacław Gluth-Nowowiejski ps. „Wacek” był ostatnim Robinsonem

Powrót do tych przeżyć był trudny. Nie przypuszczałem nawet, że aż tak trudny. Na szczęście mogłem liczyć na wsparcie żony Anny, która zajmowała się też redakcją tekstu. Opowiadanie „Jesień na Marymoncie” to właśnie zapis mojej historii. Cały ten czas na Marymoncie przetrwałem w jakimś dziwnym stanie świadomości, półprzytomny. Kiedy znalazła mnie pewna kobieta, w pierwszej chwili uciekła. Wtedy oprzytomniałem. Pamiętam, jak krzyknęła i uciekła, a ja poczułem się fatalnie – oto pojawiła się szansa na ratunek, ale momentalnie zniknęła. Jakbym nawet łkał… Na szczęście kobieta wróciła po mnie.

Musiałem umieścić w książce tę historię. Nie ze względu na siebie, ale na moich kolegów, którzy tam zginęli, na sanitariuszki, które natychmiast biegły z pomocą, i których nie uchroniła opaska z bandaża z czerwonym krzyżem. Też zostały zamordowane. Dobrze pamiętam, jak jedna z nich z czułością opatrywała moją strzaskaną rękę…

Pełniliśmy funkcję rozpoznawczą. Marymont to była trochę ziemia niczyja. Tamtej nocy mieliśmy zorientować się w ruchach oddziałów niemieckich. Nad ranem zauważyli nas. Uderzyli seriami pocisków artyleryjskich. Dwóch chłopców zginęło od razu. Pozostali, wśród nich i ja, zostaliśmy ranni. Byłem dowódcą tej grupy. Jeden z pocisków rozerwał się tuż przy mnie. Ciężka rana, krew i słabo, słabo. Ale trzeba ratować chłopców. Skok do pobliskiego budynku z cegieł w stanie surowym. I rozkaz do lekko rannego Wojtka: „Pędź po pomoc do plutonu”. Przybiegli błyskawicznie. Z trzema sanitariuszkami. Natychmiast przystąpiły do pracy, by czym prędzej wycofać się do naszych. Ale było na to za późno. Nasz „bunkier” otoczony już ze wszystkich stron. Samochody pancerne, czołgi, karabiny maszynowe. Kanonada za kanonadą. Wiązki granatów wybuchają w piwnicy. Moi dzielni chłopcy próbują walczyć. Niestety prawie wszyscy giną. To niekończący się ból…

 

 

 

 


▶️ Prosimy o wsparcie, w tym świątecznym czasie, Portalu Warszawskiego, w pełni niezależnego stołecznego tytułu, który od lat również walczy o dobrą pamięć Polaków. Możesz nam się odwdzięczyć za naszą służbę i i postawić nam kawę: https://buycoffee.to/portalwarszawski

Lub skorzystać bezpośrednio z konta o numerze: 61102049000000890231388541


 

Na podstawie; Archiwum Historii Mówionej/MPW, Tygodnik Powszechny; Do zobaczenia po wojnie, Muzeum Getta Warszawskiego.

zdj. Archiwum rodzinne, reprodukcja Wicek Sosna, Muzeum Powstania Warszawskiego, Fundacja Nie Zapomni o Nas.

Portal Warszawski. O krok do przodu

Wspieraj niezależne warszawskie media.

Dzięki Tobie możemy pełnić naszą misję

Konto do wpłat: 61102049000000890231388541

w tytule wpłat: Darowizna

Przeczytaj również

Logotyp Portal Warszawski
Kontakt

Ostatnie atykuły