„A teraz taka ci heca. To mapa z wypadkami śmiertelnymi od początku sezonu letniego. Jest jedna rzecz, która łączy te wszystkie miejsca. Zgadniecie jaka?
Dokładnie tak. Żadne z tych miejsc nie leży w wielkim mieście. Jednym z koronnych argumentów aktywistów jest to, że spowolnienie ruchu w mieście spowoduje wzrost bezpieczeństwa pieszych. Tymczasem bezpieczeństwo pieszych w mieście jest dużo większe niż na wsi, zwłaszcza poza obszarem zabudowanym. Co prawda na obszarze zabudowanym doszło do większej liczby wypadków (ok. 70% wg. danych policji), ale śmiertelnych było prawie 60% poza obszarem zabudowanym. Jest jeszcze jedna rzecz. Sama Warszawa nawet nie jest miastem o największej liczbie wypadków. Mimo, że jest największym miastem w Polsce, plasuje się dopiero na trzecim miejscu, za Łodzią i Krakowem. Dlaczego tak się dzieje? Moim zdaniem odpowiedź jest bardzo prosta – mamy dużo „autostrad”, jak nazywają aktywiści drogi powyżej jednego pasa. Jest też dużo przejść podziemnych i naziemnych, a także dróg szybkiego ruchu jak Trasa Łazienkowska, Siekierkowska, Wisłostrada, Prymasa Tysiąclecia. Logika podpowiada więc, że żeby ruch był płynny i żeby piesi byli bezpieczni, trzeba oddzielić ich ruch, a nie dawać im szansę na kolizję, jak w przypadku likwidowania przejść podziemnych lub likwidowanie wiaduktów takich jak ten nad rondem Czterdziestolatka. Ale cóż… logika to nie jest mocna strona ruchów miejskich.”
Artykuł pochodzi ze strony Pan samochodzik przeciwko aktywistom