Nastały czasy, w których jednostki doszły do głosu. Później inni, nieświadomi tego, podążają za nimi, nie wiedząc, że tamci poza DONOSZENIEM, prześladowaniem, nie mają ŻADNEGO POMYSŁU rozwiązania problemu. ŻADNEGO! Jedyne co umieją to dzwonić na Straż Miejską! Taką grupą jest grupka Święte krowy warszawskie, która zrzesza „aktyw” prześladujący kierowców warszawskich – rozrastający się nowotwór, który budzi społeczny chaos i agresję.
Totalni idioci czy świadomi destruktorzy?
Albo mamy do czynienia z totalnymi ignorantami, którzy nie ogarniają czym jest miasto – jeśli kasuje się PARKINGI, to wiadomym jest, że kierowcy mający rodziny, obowiązki muszą gdzieś zaparkować – albo to wiedzą i udają głupów. Pamiętajmy, że w tej grupie są ludzie, którzy są autorami potwornej kampanii nienawiści wobec ludzi, którzy nie godzą się na takie metody działania, bo to kreuje wcześniej wspomniany chaos i nic więcej. Pomyliła im się intencja (według nich słuszna, zapewne mają się za Don Kichotów) z ideologią, która odbiera ZDROWE I LOGICZNE MYŚLENIE! Przeraża jedynie, że z takich Smyków, Brywczyńskich, Buciaków czy Galeńskich robi się bohaterów….wszystko co robią, jest DESTRUKCJĄ. Ich działalność nie posiada żadnych znamion kreacji, czyli TWORZENIA!
Znane są przypadki próby zniszczenia chociażby naczelnego PW, kilku radnych Warszawy, którzy nazwali rzecz po imieniu. Szczególnie kiedy się okazuje, że są powiązani z ZDM, czy innymi urzędnikami warszawskimi, i być może przez nich opłacani. Poza donoszeniem do miejsca pracy, próbą kompromitacji życia prywatnego, zastraszaniem, włącznie z groźbą śmierci – nie umieją NIC WIĘCEJ. To tylko niektóre próby ich działalności. I ważne jest, aby warszawiacy mieli świadomość z kim tak naprawdę mamy do czynienia.
Dom wariatów
Dzisiaj długo, nudno, bez obrazków i ku przestrodze. Przegrałem w szeryfowaniu. Wracam wieczorem, przejście przy Łuckiej 13. Centralnie na przejściu samochód osobowy. Trzy osoby coś do niego pakują. Robię z drugiej strony ulicy zdjęcie, przechodzę przez przejście i mówię do kogoś, kto wyglądał na kierowcę: ale pan zaparkował (czy coś w tym stylu). Wywiązała się jakaś standardowa bezsensowna dyskusja opierająca się na „a gdzie mam stanąć”. Miałem zrobić kolejne zdjęcie, na którym będzie widać rejestrację, ale kierowca postanowił mi ją zasłonić. Jak poszedłem naprzód, to przebiegł zasłonić tę przednią. Potem znowu tę z tyłu. Bieganina nie miała sensu, więc zacząłem czekać. On też. Po drodze namówił pracowniczkę, żeby zadzwoniła na policję, że nagrywam wizerunek bez zgody. Ogólnie był w miarę kulturalny, tylko raz chciał mi wp*lić, ale nie zgodził się powtórzyć groźby przy włączonym nagrywaniu. Impas trwał. W końcu znowu poszedłem naprzód. Tym razem zaczął zasłaniać, poruszając się bardzo blisko mnie. Jak zmierzałem ku tyłowi, złapał mnie za telefon. Ja nie puszczałem, była jakaś szarpanina. W końcu telefon wyrwał i rzucił na drugą stronę ulicy. Postanowiłem go przytrzymać, bo prawie na pewno prysnąłby do samochodu – załadunek był już zakończony. Jego pracowniczka ponownie została poproszona o zadzwonienie na policję, aby zgłosić naruszenie nietykalności. Gorąco to poparłem i cierpliwie trzymałem człowieka aż do przyjazdu radiowozu, natomiast pracowniczka została przez szefa poproszona o odjechanie, co też uczyniła. Na szczęście kierowca tylko trochę się szarpał i tylko groził, czego to mi nie zrobi. Acz trzeba przyznać, że gdzieś tam pękła jego kurtka. Policja przyjechała, spisała nas obu. Pomogła szukać mojego telefonu i powiedziała, że powództwo cywilne. Jeden policjant był naprawdę wspaniałym fachowcem. Na narzekania kierowcy, że nagrywałem wizerunek bez zgody, przyznał kierowcy rację, że nie wolno tego robić osobie prywatnej. Ja zasugerowałem, że nie można jedynie upubliczniać wizerunku. Akurat zbliżał się drugi policjant i powiedział, że „nie można upubliczniać wizerunku”. Na co pierwszy dodał „iiiii [niewolno] upubliczniać wizerunku”. Drugi chciał coś powiedzieć, ale urwał w pół słowa. Kierowca też wyżalił się, że nie zgłaszam innych źle stojących, tylko na niego się uwziąłem, bo w pracy jest i pakuje. A na awaryjnych tylko na chwile stanął, a do 5 minut można. Pierwszy policjant wykazał się zrozumieniem i powiedział, że wiadomo, że na awaryjnych to różnie może się przytrafić. Zapytałem, czy na awaryjnych to przypadkiem nie tylko zatrzymanie w przypadku awarii, a w przypadku załadunku to już nie za bardzo. Policjant słusznie zauważył, że to trzeba by się bardzo wgłębiać, bo wówczas wielu dostawców i kurierów stałoby nielegalnie.

No i tyle. Kierowca miał rację, mówiąc wcześniej, że policja wyjaśni mi, że nie mogę go nagrywać. Miał rację, że się czegoś nauczę. Telefon w strzępach, momentu wyrwania nie nagrywałem, a nawet jeśli, to pewnie nie do odzyskania. Dla kierowcy mandatu nie ma, jego pracownicy „niczego nie widzieli”. Monitoring, nawet jeśli jest, to nie zdążę go nawet spróbować uzyskać, bo rano mam samolot i wracam pod koniec tygodnia. 1:0 dla kierowcy.
Portal Warszawski