[IN MEMORIAM] 121 lat temu urodził się Stefan Wyszyński, Powstaniec Warszawski

Święcenia kapłańskie przyjął 3 sierpnia 1924 we włocławskiej bazylice katedralnej z rąk biskupa Wojciecha Owczarka. W latach 1925–1929 był studentem Wydziału Prawa Kanonicznego oraz Wydziału Prawa i Nauk Ekonomiczno-Społecznych Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, który ukończył z doktoratem na temat Prawa rodziny, Kościoła i państwa do szkoły.

Rys biograficzny

W 1931 był wikariuszem w parafii Świętej Rodziny w Przedczu. Sprawował obowiązki redaktora naczelnego pisma ,,Ateneum Kapłańskie”. To na łamach tegoż pisma wygłosił mocno kontrowersyjny pogląd o słuszności rasizmu: ,„Trudno nie przyznać słuszności twierdzeniom Hitlera, że Żyd pozostał obcym ciałem w organizmie narodów europejskich. Głosząc idee wywrotowe, stojąc na czele ruchu komunistycznego, szerząc w literaturze hasła niemoralne. (…) Żyd zwalcza obcą jego psychice kulturę wyrosłą na podłożu chrześcijaństwa. (…) Dzisiejsza Trzecia Rzesza podjęła tytaniczną próbę realizacji wielkich idei, które mają przynieść odrodzenie ludzkości. (…) Rasizm kryje w sobie pewne zdrowe myśli, które dotychczas znane były tylko w szczupłym gronie lekarzy i biologów. Dziś przyszedł czas na ich rehabilitację”. Jednak kolejne lata dały wyraźne świadectwo, że Stefan Wyszyński wycofał się ze wcześniej głoszonych poglądów, a swymi uczynkami pokazał, że jedyne co warto czynić to – miłować.

W czasie okupacji niemieckiej pracował w podwarszawskich Laskach. Tam zaangażował się w niesienie pomocy trzyosobowej rodziny żydowskiej. Ponadto w instytucie Yad Vashem w Jerozolimie znajduje się relacja Esther Grinberg (sygn. O.3/V.T/862), w której dwukrotnie mówi ona, że Polacy ocalili ją, bo ks. Stefan Wyszyński kazał pomagać „uciekającym z ognia”.

Powstanie Warszawskie

W powstaniu warszawskim był porucznikiem duszpasterstwa Wojska Polskiego, kapelanem Armii Krajowej obwodu Żoliborz-Kampinos oraz kapelanem szpitala powstańczego. Jak ciężka była to posługa świadczą fragmenty jego wspomnień z czasu Powstania:

„W okresie walk powstańczych na pobrzeżu Kampinosu zetknąłem się z zespołem dziewcząt, które pełniły służbę łączniczą. Spowiadałem je, służyłem, niekiedy ostrzegałem, radziłem… Jedno wiedziałem: zdolne są do każdej ofiary, przekonane, że pełnią świętą powinność. Od tych dziewcząt można się było wiele nauczyć. One nie tylko walczyły, one swą postawą uczyły. Padały, niewątpliwie. Grzebaliśmy je w polskiej ziemi. Też prawda. Ale były jak ziarna pszeniczne, które padają w ziemię, aby obumarłszy, przynieść owoc stokrotny”

Takim ludziom jak one potrzeba wielkich ideałów i wzorów. Gdy szły na ryzykowne zadanie, prosiły o jedno – o medaliczek Matki Bożej. Uważały, że to jest ich największa siła”.

Dalej ks. Wyszyński wspomina dwóch żołnierzy – powstańców:

„Jeden z nich, Janek (…) szesnastoletni chłopaczek, służył ze swoim starszym bratem w armii powstańczej formacji kawalerii wileńskiej. Padł zaraz w pierwszych dniach. Przeniesiono go do szpitala, położono na niewielkiej sali w zakładzie Sióstr Franciszkanek w Laskach. Tam się z nim spotkałem, spowiadałem go i przygotowywałem na śmierć. Był bardzo poszarpany od kul, bo gdy został ranny, przez trzy dni leżał na deszczu i chłodzie pod kulami. Nikt nie mógł się do niego dostać, aby go stamtąd zabrać. Więc gdy wreszcie został przeniesiony do szpitala wojennego, był już prawie bez sił i trudno go było uratować.”

Po operacji czuł się bardzo źle, miał gorączkę, tracił przytomność. Chociaż już nie bardzo wiedział, co się z nim dzieje, przez cały czas śpiewał. Leżał na niewielkiej sali razem z innymi rannymi żołnierzami i śpiewał pieśni do Matki Bożej. Pytaliśmy żołnierzy, czy im to nie przeszkadza. «Nie, my się cieszymy, niech śpiewa». Pod koniec, przed samą śmiercią, już mylił słowa i melodię, bo był na pół przytomny, a jednak ciągle śpiewał. Z tym śpiewem umarł.

Drugi miał 19 lat. Nazywał się Jurek. (…) Padł pod lotniskiem niemieckim na Żoliborzu. Miał operację, tzw. resekcję jelit, bo był ranny w jamę brzuszną i trzeba było wyciąć kilkadziesiąt centymetrów kiszek, aby uratować jego życie. Nie udało się, umierał. (…)

„Chodząc dziś po ulicach Stolicy, pamiętajmy, że jest to miasto, w którym zginęło ponad 300 tysięcy warszawian. Najlepsza młodzież obmyła krwią swoją bruki tego miasta. Tak się miłuje. Nie ma miłości bez ofiary. Przez taką miłość zyskuje się prawo do Ojczyzny. Dlatego młodzież gotowa była na wszystko. Zdolna była walczyć o wolność i zarazem wybraniać się przed nienawiścią” (Stefan Wyszyński, Droga życia, Warszawa 2001) – to przesłanie Prymasa dla współczesnych w kontekście wydarzeń z 1944 r.

Jurek był bardzo grymaśny, bo był jedynakiem, a zazwyczaj jedynacy są grymaśni. Nikt nie mógł sobie dać z nim rady, uspokajali go wszyscy. W końcu siostry przyszły do mnie, mówiąc, że nie mogą sobie poradzić z Jurkiem: «Niech ksiądz pójdzie do niego». Poszedłem i mówię: «Jurek, byłeś taki odważny, walczyłeś na froncie i nie bałeś się kul, a tutaj jesteś taki grymaśny, że nikt z tobą wytrzymać nie może. To chyba wstyd». «A, bo proszę księdza, mnie się już sprzykrzyło leżeć, ja chciałbym iść na front». «Jurek, pójdziesz na front do Matki Bożej».

To była połowa sierpnia.

Ja, proszę księdza, nie myślałem o tym». «To pomyśl». Mogłem mu to powiedzieć. Mówiłem przecież z żołnierzem, który nie może bać się śmierci, mówiłem z chrześcijaninem, który też nie powinien bać się śmierci. Mogłem mu więc powiedzieć, bo kapłan katolicki ma obowiązek mówić prawdę, zwłaszcza żołnierzowi. Zastanowił się.  Uspokoił. 

Po jakimś czasie zapomniałem troszkę o nim, bo rannych było dużo i trzeba było biegać od jednego chorego do drugiego. Któregoś dnia siostra mówi: «Proszę księdza, Jurek jest znowu nieznośny». «Dobrze, przyjdę do niego». Przychodzę: «Jurek, znowu jesteś nieznośny». «Proszę księdza, bo ksiądz powiedział, że ja będę u Matki Bożej. A za dwa dni święto Matki Bożej (8 września), ja nie zdążę». «Dlaczego nie zdążysz?». «Niech ksiądz zobaczy, jeszcze jestem taki silny». Złapał mnie za rękę i zaczął ściskać. Wyczułem, że w tej ręce siły już nie ma. Jemu się tylko zdawało, że jest taki silny, ale to był już człowiek umierający. Mówię mu: «Jurek, nie bój się, zdążysz». «Zdążę, proszę księdza? To już będę dobry i grzeczny». Uspokoił się i rzeczywiście w wigilię Narodzenia Matki Bożej, 7 września, spokojnie, cicho umarł. On się nie bał śmierci, tylko tego, że nie zdąży do Matki Bożej”.

Po

W latach 1946-48 był biskupem lubelskim, od 1948 arcybiskupem gnieźnieńskim i warszawskim, prymasem oraz przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski. Od 1953 roku kardynałem. W latach 1953-56 internowany przez władze PRL. Był inicjatorem ślubów Narodu na Jasnej Górze, orędzia do biskupów niemieckich w sprawie pojednania obu narodów, obchodów milenium chrześcijaństwa w Polsce. Był obrońcą praw człowieka i narodu. Jego autorytet odegrał znaczącą rolę w łagodzeniu konfliktów społecznych i napięć. Pozostawił po sobie liczne publikacje i książki m.in. wydał Kazania świętokrzyskie oraz autobiograficzne Zapiski więzienne.Zmarł 28 maja 1981 roku. Od 29 maja 1989 z inicjatywy papieża Jana Pawła II rozpoczął się proces beatyfikacyjny kardynała Stefana Wyszyńskiego. Od tego momentu przysługuje mu tytuł sługi Bożego.

Portal Warszawski

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.