Czy miejskie farmy to najgłupsze pomysły lewicowych „aktywistów”?

Ideą lewicy jest niszczenie, często nieświadomie. Wynika ona z tego, iż lewica nie czerpie z doświadczeń empirycznych, które nas czegoś uczą, i z tego że jest jedną wielką utopią. Utopią łatwo zarażającą naiwnych młodziaków, którymi pięknie się manipuluje. Brak wiedzy nie ma tu żadnego doświadczenia. Pamiętają zapewne nasi czytelnicy „genialny” pomysł stworzenia na placu Konstytucji bagnowiska….to teraz zapnjcie pasy. O sprawie pisze Jakub Dobromilski – mikrobiolog.

Miejskie farmy…

Na stronach Miasto 2077 – prawdopodobnie najbardziej propagandowego eko tytułu, który opiera się również na gdybaniu czytamy;

W Szanghaju zamierzają udowodnić, że taki projekt może działać na dużą skalę i mieć szeroki zasięg społeczny. Nie będzie to pojedyncza konstrukcja, ale duży kompleks – prawdziwa farma o powierzchni 100 hektarów. Za projektem stoi amerykańskie biuro architektoniczne Sasaki.

Sunqiao Urban Agricultural District, bo tak się będzie nazywać nowa dzielnica, wyrośnie na wschód od centrum miasta w połowie drogi na lotnisko. Składać się będzie z ponad dwudziestu kilkupiętrowych, przeszklonych budynków przypominających biurowce. Będzie tu panować spora różnorodność upraw – znajdą się tu m.in. uprawy alg, hydroponiczne szklarnie pływające po kanale, ściany obsadzone roślinami, a nawet biblioteka nasienna – ale kompleks będzie też pełnił rolę hubu agrotechnologicznego. W tutejszych laboratoriach będzie prowadzona działalność naukowa oraz edukacyjna. Skala inwestycji oddaje także skalę działania: 24 mln osób które zamierza żywić Sunqiao Urban Agricultural District to po prostu populacja Szanghaju. Farm ma stać się bowiem podstawowym dostawcą warzyw do miasta. W szczególności nastawia się na łatwe w uprawie rośliny liściaste takie jak szpinak, bok-choi czy rukiew wodna, które stanowią aż 56 proc. całej warzywnej diety mieszkańców.

Ale czy w Warszawie, w Polsce to ma sens?

Lewicowi „miejscy aktywiści” mają wiele dziwnych, niedorzecznych i niepraktycznych pomysłów. Ale w mojej opinii swoisty Mount Everest tych absurdów to forsowanie agraryzacji miast w ramach tworzenia „miejskich farm”:

– grunt w mieście jest droższy zatem samo stworzenie takiej farmy jest nieopłacalne ekonomicznie (kosztuje zbyt dużo nawet jeśli mają być zlokalizowane na płaskim gruncie, nie mówiąc już o tworzeniu takich farm na absurdalnych wieżowcach, w których koszt byłby wręcz kosmiczny a inwestycja zwróciłaby się w absurdalnie długim okresie, o ile w ogóle);

– taka farma jest uciążliwa dla okolicznych mieszkańców – smród, zwłaszcza jeśli na farmie mają być hodowane także zwierzęta (a to miejscy aktywiści jak najbardziej przewidują w swoich planach);


 

 


– ulokowanie farmy w mieście mocno zwiększa koszty transportu (korki, wypalona benzyna, zakazy wjazdu etc), utrudnia lub wręcz uniemożliwia dojazd dużych pojazdów takich jak kombajny;

lokowanie farm w mieście zwiększy niedobór gruntów pod zabudowę mieszkaniową i usługową, co spowoduje wzrosty cen mieszkań i lokali;

– aktywiści często forsują jednocześnie podatek katastralny co oznacza, że miejska farma będzie płacić o wiele wyższe podatki niż farma ulokowania na tanim gruncie na wsi;

Jednocześnie te „miejskie farmy” nie mają żadnego atutu w stosunku do farm na wsi a ich utrzymanie będzie droższe. Pojawia się więc proste pytanie: po co?

za; Jakub Dobromilski – mikrobiolog

zdj. sasaki.com

Portal Warszawski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.