[TYLKO U NAS] „Ten łoś mi prawie wszedł pod koła” – mówi kierowca autobusu, który uniknął potwornej kraksy!

Wczoraj przy ul. Czecha doszło do zderzenia samochodu z łosiem. Zwierzę nie przeżyło. Ranna jest dwójka dzieci. Mamy dla naszych czytelników opis całej sytuacji. Pani Aneta Gajewska jest kierowcą autobusu nr. 502, który jechał w stronę Politechniki. On mi prawie wlazł pod koła – zaczyna z nami rozmowę tymi słowami.

Po kolei

 

Ulica Bronisława Czecha na odcinku od Wawerskiej do Kościuszkowców, to czterokilometrowy odcinek przez las. Jest to dość popularna wylotówka na Lublin, więc ruch na niej jest dość spory. Chwila po 21:00. Jadę ul. Czecha w stronę Warszawy. Jestem w połowie lasu, i widzę, że na drogę majestatycznym krokiem wychodzi łoś. Ja i osobówka na drugim pasie hamujemy , łoś przechodzi na pas zieleni oddzielający pasy i.. reszta się dzieje w ułamkach sekund – mówi nam Aneta Gajewska, kierowca autobusu nr. 502.

W stronę Wesołej jedzie lewym pasem małe autko, wyprzedzając samochód jadący prawym pasem. W tym momencie łoś wkracza na jezdnię prosto pod jadący samochód. Kierowca osobówki nie hamuje, najprawdopodobniej zaskoczony zwierzątkiem na drodze. Impet uderzenia jest taki, że oderwane chyba koniczyny latają w powietrzu, wyglądało to tak jakby łoś wybuchł od środka. Osobówka wytraca tor jazdy i ląduje w lesie.

 

Wszystko się dzieje na moich oczach ( zapewne pięknie widać na monitoringu autobusu )

 

Nie zastanawiając się łączę się z Centralą Ruchu, opisuję całą sytuację ( później dowiaduję się od ratowników medycznych że dwoje dzieci w wieku 7 i 15 lat są z poważnymi urazami wielonarządowymi w szpitalu na Niekłańskiej ) . Moja jazda kończy się pięć przystanków dalej na Przyczółku Grochowskim bo adrenalina , kortyzol i rok życia w permanentnym stresie robią swoje.

Nie jestem w stanie jechać dalej. Po prostu. Tachykardia robi swoje, przypomina się z siłą wodospadu Niagara. Nie jestem pieprzonym supermenem. Przyjeżdża Nadzór Ruchu , karetka . Jazdy do szpitala odmawiam, bo po cholerę mam siedzieć godzinami na izbie przyjęć. Doprowadzają mnie do stanu używalności, dostaję zalecenia z których skwapliwie korzystam już w domu ( resztę propozycji pominę milczeniem, ale były szalenie miłe ) i ze słowami ratowników; „ ta pani to co najwyżej do domu pojedzie i to jako pasażer”, Nadzór Ruchu odstawia mnie pod drzwi mojego mieszkania.

I tu Instruktor z Nadzoru ubawił mnie setnie, twierdząc że niestety, musi przyznać, że w takich sytuacjach kobiety za kierownicą wykazują się większym rozsądkiem od mężczyzn i nie kozaczą. Nie jesteś w stanie, nie jedź, po prostu. Bo możesz narobić większych szkód.

Uważajcie na siebie, szczególnie przy przejazdach przez lasykonkluduje Pani Aneta.

 
Portal Warszawski
 
zdj. Warszawa w Pigułce

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *