Według przyjętych przepisów co najmniej połowa przydomowej działki musi być porośnięta trawą

Na taki absurd wpadli urzędnicy z Islandii. Mieszkańcy islandzkiej stolicy naśmiewają się z kolejnego absurdu wymyślonego przez urzędników. Motywacje rajców miejskich może były dobre, ale wyszło… jak zwykle. Według przyjętych przepisów co najmniej połowa przydomowej działki musi być porośnięta trawą. Ale to nie wszystko! Obowiązkowo musi się tam znaleźć przynajmniej jeden krzew owocowy.

Szkodliwe absurdy lewactwa

Na zdjęciu widzicie „ogródek” o powierzchni 10 m2 Guðmundura Heiðara Helgasona, mieszkańca bloku w szybko powiększającej się dzielnicy Vogabyggð. Na codzień jest szefem marketingu w Strætó (ZTM), a do nowego mieszkania wprowadził się kilka miesięcy temu. Stolarze już kończyli robić taras, gdy usłyszał hiobową wieść z miejskiego magistratu: rozebrać!


„Mamy się śmiać, czy płakać, widząc poczynania obecnej administrcji?”, pyta Vigdís Hauksdóttir z Partii Centrum. „To najmniejsze ogrody na świecie, od 2,5 do 5 metrów kwadratowych, do tego z krzewem owocowym. To sa konsekwencje ciemnoty politycznej większości. Tworzenie takich bzdur jest niemożliwe, chyba że w Reykjaviku” – dodaje.


 
 

Radni z Partii Niepodległosci skomentowali przepis krótko: „Autorytaryzm jest powszechny”. Hildur Björnsdóttir z tego ugrupowania szydzi, cytując uzasadnienie pomysłu rządzącej w mieście lewicy: „Tereny zielone są niczym zastrzyk witamin na przyszłość i mają ogromny wpływ na przyszłe zdrowie publiczne mieszkańców miasta. Ważne jest, aby chronić prawo dzieci do zabawy i ćwiczeń”. Swój komentarz zilustrowała innym zdjęciem, jeszcze mniejszego „ogródka”.

Kilka miesięcy temu o dzielnicy Vogabyggð było głośno w kontekście pomysłu aktywistów posadzenia tam… palm. Ale o tym w oddzielnym poście.

za;  Islandia.org.pl

Portal Warszawski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *