Lewica forsuje koncepcję „miasta-skłotu”

Na początku XX wieku modna była koncepcja „miasta-ogrodu”. Gdyby zebrać całokształt dzisiejszych postulatów lewicy, można by je spokojnie określić mianem „miasta-skłotu” skrojonego głównie pod bezrobotnych lewicowych aktywistów, studentów lub prekariuszy, pozbawionych perspektyw na jakiekolwiek godne życie (co zawdzięczają tylko i wyłącznie sobie, bo żeby biedować w obecnych czasach, gdy pomocnik stolarza zarabia średnią krajową – to naprawdę trzeba się albo postarać albo panicznie bać ubrudzić sobie rączki).

„Miasto-skłot” jest za to piekłem dla normalnych ludzi

zarówno osób które zaliczylibyśmy do grona „robotników” (choć takiej warstwy społecznej praktycznie dziś już nie ma, robotnicy są sytuowani na poziomie klasy średniej, czyli zupełnie nie przypomina to ich sytuacji w XIX wieku gdy rodził się socjalizm) jak i klasy średniej czy bogatszych warstw ludności.

Koncepcja miasta według lewicy opiera się – jak większość lewicowych idei – na kolektywizmie. Indywidualne potrzeby ludzi są tutaj nieważne. Wszyscy mają się dostosować do lewicowych koncepcji. Przerośnięte ego lewicy sprawia, że uważa ona, że wie lepiej od nas samych co jest dla nas dobre. A skoro wie lepiej, to ma monopol na prawdę, nie potrzebuje słuchać nas w czymkolwiek, jest głucha na nasze potrzeby. Mamy być pikselami w lewicowej grze komputerowej, zabawkami w ich dziecinnej zabawie w zarządzanie miastem.

Pierwszym i najważniejszym postulatem konepcji miasta-skłotu jest kolektywizacja transportu miejskiego. W myśl tej koncepcji komfort to burżuazyjny zbytek, zaś jedynym celem transportu jest „efektywność” rozumiana jako duża ilość ludzi na jednostkę powierzchni. Czyli lewicowym ideałem jest maksymalne możliwe zatłoczenie. Autobus z ludźmi upchniętymi jak puszka sardynek staje się Świętym Graalem lewicy. Na tym jej zdaniem polega „efektywne wykorzystanie miejskiej przestrzeni”. Oczywiście za wyjątkiem ścieżek rowerowych – one muszą być obligatoryjnie, po 2 albo nawet 3 obok siebie (Świętokrzyska), nawet jeśli przez połowę roku świecą pustkami. Mile widziane są też gargantuiczne chodniki wielkości lotniskowców, na których najważniejsza grupa użytkowników – rowerzyści – będzie mogła slalomować między pieszymi, łamiąc prawo.

W kupie raźniej

Drugim postulatem tej koncepcji jest upychanie ludzi „na kupie” w jak największym ścisku niczym w komunie Amiszów albo właśnie na skłocie. Lewica twierdzi, że rzekomo jest przeciwna deweloperom, wielkim inwestycjom (jak wolski Hong Kong) nazywanych przez nich „polskimi obozami mieszkaniowymi” ale w praktyce robi wszystko, aby tak właśnie wyglądały centra polskich miast. Jeśli lewica zwalczy samochody i zmusi ludzi do korzystania z transportu publicznego, to ludzie z Zielonej Białołęki nie zaczną przecież potulnie jeździć autobusami jadącymi co pół godziny, tłukącymi się 1,5h w jedną stronę o ile łaskawie przyjadą. Ani tym bardziej tłuc się rowerem 20 kilometrów w styczniową śnieżycę. Po prostu poszukają mieszkania w centrum, tam gdzie transport jest akceptowalny. Oczywiście przełoży się to na wzrost cen i wzrost popytu na molochy. Lewica tym samym jest przeciw drożyźnie, ale sama ją nakręca. Ekstremalnym absurdem jest forsowanie przez lewicę, jako „modnego” – koncepcji budynku w którym na własność otrzymywalibyśmy tylko pomieszczenia sypialne, zaś salony, kuchnie i łazienki są wspólne. Jakoś póki co nie ma jednak chętnych. Nawet lewicowcy pamiętają z czasów studenckich ile wojen wywołuje taka nadmierna „integracja”.

 

O, właśnie. Trzeci postulat. Integracja. Lewica jest owładnięta obsesją na punkcie „integrowania lokalnej społeczności”. Jak wiemy, polskie społeczeństwo nie przypomina pod tym kątem Greków czy Hiszpanów i nie integrujemy się z każdym dookoła. Chcemy spędzać czas z rodziną, a nie z losowymi ludźmi mieszkającymi dookoła, z którymi poza miejscem zamieszkania często nic nas nie łączy a wiele może dzielić. Dla lewicy integracja to postulat niemal religijny. Łączy się też z pierwszym, ponieważ lewica nabożnie wierzy, że w komunikacji miejskiej następuje ta słynna „integracja”. No, to kiedy zagadywaliście do obcych ludzi w autobusie? Nigdy? Hmmm…

Horror mieszkaniowy

Warto przypomnieć, że lewica domaga się aby pewien % mieszkań w każdej inwestycji był przeznaczany pod socjale (stoi to oficjalnie w programie partii Razem). Problem w tym, że takie mieszkanie dostaje każdy – nie tylko przykładni obywatele ale także najgorsze męty, mieszkanie jest w naszym kraju niczym prawo człowieka i socjalne przysługuje nawet osobom jednoznacznie szkodzącym swoim społecznościom. Lewica ma to w nosie i nakazuje Ci się integrować, no na co czekasz? Integruj się z alkoholikiem albo przestępcą-recydywistą który dostał mieszkanie socjalne obok Twojego. Oczywiście w dzień, bo w nocą będziesz zajęty drżeniem czy alkoholik nie zaśnie z kiepem w ustach i nie spali Cię żywcem w mieszkaniu za które dałeś pół bańki.

Tytus C.

Portal Warszawski

zdj. PW, www, socialistrevolution.org

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *