Czy Warszawa stanie się miastem ogromnych nierówności społecznych?

    W całości publikujemy tekst Jakuba Dobromilskiego. Warto się nad nim poważanie zastanowić!

    Czy Warszawa stanie się miastem ogromnych nierówności społecznych? Jeśli Ratusz nadal będzie realizować żądania antysamochodowych „miejskich aktywistów” – to tak.

Horrendalne opłaty za parkowanie. Celowe likwidowanie parkingów, żeby nie sposób było znaleźć wolnego miejsca. Opłaty za wjazd do centrum miasta. To wszystko postulaty tzw. „aktywistów miejskich”, zrzeszonych w stowarzyszeniach tytułujących się „ruchami miejskimi”. Celem tych postulatów ma być „ograniczenie ruchu aut w mieście”. A co by faktycznie nastąpiło, gdyby powyższe postulaty aktywistów istotnie udało się wprowadzić w życie?

Otóż gdyby ruchy miejskie swoje postulaty zrealizowały – Warszawa stałaby się miastem o ogromnym rozwarstwieniu w jakości życia, przypominającym jako żywo kraje Ameryki Łacińskiej – i wynikającym bezpośrednio z zasobności portfeli mieszkańców.

Antysamochodowi aktywiści twierdzą że ruch samochodowy to samo zło: jest ich zdaniem główną przyczyną smogu w Warszawie (nieprawda – smog jest powodowany głównie przez palenie zimą w piecach, potwierdzają to raporty NIK), samochody – zwane przez radykałów „blachosmrodami” – „zajmują przestrzeń wspólną”, zaś kierowcy zdaniem aktywistów to pasjonaci nieprawidłowego parkowania, a co gorsza mordercy pieszych i rowerzystów (tę hejterską narrację przejęli zresztą wprost z nienawistnych antysamochodowych kampanii prowadzonych w Holandii w latach 80.). Dlatego zdaniem aktywistów ruch samochodowy w mieście powinien być – włącznie z samochodami dostawczymi – ograniczony lub zupełnie wyeliminowany. Mieszkańcy Stolicy mają przesiąść się, czy tego chcą czy nie, w komunikację zbiorową lub na rowery. Tu jednak pojawia się problem. Metro i SKM są kosztowne, nie da się ich wszędzie doprowadzić. Parkingi P+R są przez aktywistów zwalczane, jako „zachęcające do posiadania samochodu”. Ruchy miejskie nie mają pomysłu jak zachęcić ludzi do zmiany środka transportu na gorszy i mniej efektywny, więc chcą… zmusić nas do tego poprzez sięgnięcie do naszych kieszeni.

To „sięgnięcie do kieszeni” przybiera różne formy. Przede wszystkim postulaty rozszerzania strefy płatnego parkowania, podniesienia opłat za parkowanie (w tym abonamentu dla mieszkańców strefy, z obecnych 30 zł rocznie do… 3000 zł! Że żartuję? Chciałbym: https://portalwarszawski.com.pl/…/3000-pln-rocznie-za-…/ ), wprowadzenia opłat za każdy wjazd do centrum miasta, blokowanie budowy nowych parkingów, uniemożliwienie wykupu abonamentów miesięcznych – co zmusi kierowców do wykupowania parkingu za każdym razem płacąc stawkę godzinową. Aktywiści postulują jej podniesienie, w Krakowie im się to udało – stawka za godzinę parkowania wyniesie w tym mieście 9 zł. Bartosz Piłat, znany krakowski aktywista i urzędnik argumentował: „właśnie o to chodzi, że nie zarabiamy tyle, żeby bez mrugnięcia okiem zapłacić 9 zł za godzinę postoju. Dokładnie o to chodzi, że cztery razy pomyślimy zanim wsiądziemy w auto i wjedziemy do strefy płatnego parkowania”.

Tyle, że to nieprawda.

Dla bogatego managera korporacji, zarabiającego 20 000 zł miesięcznie, nie będzie żadnym problemem „odpalić” na parkowanie czy opłaty za wjazd do centrum nawet z 2-3 tysiące złotych miesięcznie. Ewentualnie firma zasponsoruje mu miesięczne abonamenty na Ubera/taksówki. Taka kwota będzie jednak stanowić poważne obciążenie dla przeciętnych Warszawiaków i mieszkańców Mazowsza, którzy pracują w Warszawie. Wszystkie podwyżki i „ograniczanie ruchu aut w centrum” najbardziej odczuje mieszkaniec podwarszawskiej wsi, który codziennie wsiada w auto, żeby dojechać do pracy Warszawie i związać koniec z końcem. Zmuszona do porzucenia auta zostanie mieszkanka Zawad czy Zielonej Białołwki będąca w wieku przedemerytalnym. Czy będzie szczęśliwa mając w perspektywie dojazdy do pracy w centrum rowerem? Ewentualnie stanie w pozycji „na puszkę sardynek” w autobusie, przez 1,5 godziny (tyle potrafi jechać do centrum autobus z najdalszych warszawskich osiedli)?

Aktywiści pytani o te sprawy, reagują całkowitym brakiem empatii. Twierdzą że skoro oni, zdrowi 20-letni mężczyźni mogą jeździć 20 kilometrów w jedną stronę rowerem do pracy, nawet zimą – to znaczy że każdy może. 60-letnia pani po 3 operacjach kręgosłupa także. Ewentualnie że „to wina tych którzy mieszkają daleko od centrum”, że nie kupili mieszkania w Śródmieściu od pana dewelopera za jedyne 10-15 000 zł/m2. Aktywiści (a co gorsza także sprzyjający im politycy, jak Rafał Trzaskowski czy Krzysztof Strzałkowski- Burmistrz Dzielnicy Wola) każą mieszkańcom podwarszawskich wsi „zostać u siebie” i nie wjeżdżać autami do Warszawy. Że na wsiach pracy nie ma? Że jest w Warszawie? To aktywistów nie obchodzi.

Oczywiście, nierówności społeczne, mniejsze lub większe, zawsze będą istnieć. Niemądrym i niemoralnym jest jednak celowe ich pogłębianie w imię ideologii. Nieważne czy ideologią tą jest radykalny ekologizm, czy też fanatyzm antysamochodowy, czy dziwne teorie o „wykorzystaniu przestrzeni miejskiej”, czy też zwyczajne kompleksy antysamochodowych „aktywistów”.

Jakub Dobromilski – mikroblog

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *