Miałeś chamie złoty róg – czyli krótki traktat o tzw. aktywistach

   Mamy początek maja roku 1998. Przed warszawskim Ratuszem zbiera się mała grupka. Wszyscy przyjechali na rowerach. Chcą walczyć o poprawę infrastruktury – właśnie dla siebie, dla rowerzystów. Organizacją, która stoi za tymi wydarzeniami jest Zielone Mazowsze.

    Ówczesny Prezydent m.st. Warszawy Marcin Święcicki zauważył potencjał wyborczy krzykaczy, choć jeszcze wtedy nie potrafił go zagospodarować. Nie tylko chyba wyborczy. Rowerzyści domagali się poprawy infrastruktury miejskiej. A jak wiadomo idą za tym remonty, przetargi. Czyli pieniądze. Ale nic przez kilka lat się nie ruszało. Aż w roku 2002 Masa zaczęła być coraz bardziej agresywna. Przełomem stała się czerwcowa masa, gdy w okolicznościach wyższej niż dotąd frekwencji musiała interweniować policja.

Bałagan w mieście jaki towarzyszył tej imprezie spowodował nawet pojawienie się informacji  w mediach.

      A dlaczego zainteresowały się tym media? Gdyż członkowie masy stwierdzili, że najlepiej organizować przejazdy w piątek popołudniu.

Prasie szukającej sensacji i organizatorom wspólnie było w to graj. Nareszcie rowerzyści uzyskali to, czego do tej pory nie mieli – rozgłos. Odbyło się wtedy również spotkanie organizatorów z przedstawicielami policji, na którym ustalono zasady dalszej tzw. współpracy. Policja do tej pory działała raczej biernie, przymrużając oko, oraz nie karząc uczestników, tym bardziej że słupki wyborcze nakazywały raczej uspokojenie tematu niż jego eskalowanie.

Wobec medialnego rozgłosu Policja wolała więc Masę chronić, niż kontrolować jej uczestników, sprawdzając np. stan rowerów, ich obowiązkowe wyposażenie. Od tego momentu rowerzyści poczuli, że są siłą, stali się w Warszawie niedotykalną grupą. Że mogą głośno krzyczeć i żądać swoich praw, a im głośniej będą krzyczeć tym więcej dostaną.

O swoich obowiązkach jakoś chyba nieprzypadkowo zapomnieli. Stali się świętymi krowami.

      W roku 2006 uczestnikiem Masy była również Hanna Gronkiewicz-Waltz. Wspominała z rozrzewnieniem wtedy swój pobyt w Anglii oraz tamtejszą infrastrukturę rowerową. Wyraziła nadzieję, że Warszawa będzie do tego wzoru się zbliżać. Od tego momentu na rowerową infrastrukturę zaczęły sypać się, choć na razie powoli, pieniądze. To wtedy właśnie organizatorzy masy rowerowej i Zielonego Mazowsza złapali za piętkę pana Jezuska. Choć wstępne, pierwsze postulaty Masy były nawet rozsądne, ale wraz z biegiem lat i nowymi członkami grupy, pomysły zaczęły przeradzać się w fanaberię czy czysto złośliwe koncepcje. Do grupy zwyczajnie dołączały osoby prawdopodobnie sprofilowane negatywnie psychicznie. Ich główną walką była poprawa życia rowerzystom, ale wkrótce okazało się, że musi też być i jasno określony wróg – wtedy na myśl działaczom przyszła walka z posiadaczami samochodów. Zamiast próbować znaleźć sposób na współistnienie wszystkich, ideologicznym celem stało się narzucenie mieszkańcom wizji miasta bez samochodów. Budowa infrastruktury szła ślamazarnie. Masa tupała nogami, szukała sposobów na przyspieszenie tempa prac. I znalazła rozwiązania.

      Powołano więc w roku 2012 Pełnomocnika Prezydenta m.st. Warszawy ds. Rozwoju Transportu Rowerowego. Ale, że zmiany szły wolno, wśród zwyczajowego już przetrenowanego wcześniej medialnego wrzasku zadecydowano, że trzeba działać dalej. Wręcz zuchwalej. W kolejnych wyborach samorządowych radnymi miejskimi zostawali członkowie Zielonego Mazowsza, lub grup, które ukrywały się w nazwach jako społeczne.

Byli to cały czas Ci sami ludzie powiązani z Masą Rowerową. I Zielonym Mazowszem.

      W 2013 zorganizowano referendum o odwołanie prezydent miasta HGW. Wobec małej frekwencji referendum uznano za nieważne. Ale zanim to nastąpiło ratusz zaczął zatrudniać na etatach wszelkiej maści aktywistów.

Ich działania doprowadziły w roku 2014 do tego, że dyrektorem warszawskiego ZDM został ich człowiek, wcześniej już osadzony na stołku w ratuszu, tzw. oficer rowerowy. Głównym powodem odwołania dotychczasowej dyrektor był zarzut zbyt wolnej realizacji pomysłów BP. Wściekłymi atakami, medialną nagonką, Zielone Mazowsze dokonało niemożliwego. Dyrektorem ZDM został ich człowiek, partyjny pupil, znajomy osób z ratusza, lecz bez żadnego branżowego doświadczenia.

Z naszych informacji wynika, że obecnie w roku 2018 nie ma pokoju, w którym nie byłby zatrudniony człowiek związany z tzw. lobby rowerowym!

Zauważyć należy, że w swojej masie, na stanowiskach zatrudniani zaczęli być samozwańczy społecznicy, którzy nie mają żadnego wykształcenia profilowego, które pozwalałoby zarządzać miastem. Tacy ludzie tworzą miejskie Komisje Branżowe, które mają realny wpływ na rozwój infrastruktury miasta. I tak mamy geologa, fotografa, filologa, którzy decydują o komunikacji w największym mieście w Polsce.

Ale i tu tzw. społecznikom dalej jest mało.

W roku 2014 powołano instytucję Budżetu Partycypacyjnego. I tu zaczęto działać w karygodny sposób. Nie dopuszczając wszystkich projektów, a tylko wybrane, zgodne z linią ideologiczną. Aby uwiarygodnić tzw. potrzeby zorganizowano nawet konsultacje społeczne. Aby mieć na nie wpływ ich organizacją i głosami krytycznymi zajęły się pod przykrywką osoby, a jakże! – związane z rowerzystami. Organizuje się spotkania, choć nie informuje się o nich mieszkańców, organizuje się w takich godzinach, aby normalni ludzie nie mieli możliwości wyrazić swoich opinii.

Cały BP tak sprytnie zorganizowano, że nie można oddawać głosów na „nie” w projektach. A te, które przechodzą, mają żenująco niską ilość głosów. Innym zabiegiem, a wręcz manipulacją, na którą sobie pozwalają (nazywani już wtedy „aktywistami”) członkowie wielu grup na jakie się podzielili, są niedoszacowane  projekty. Przy wyliczeniach zawsze wychodzi mniej niż realnie powinno! Potem w trakcie ich realizacji okazuje się, że potrafią być nawet trzykrotnie droższe niż podawano na wstępie. Każdy taki projekt powinien być odrzucany, ale są weryfikowane pozytywnie. Nie na darmo przez kilka lat krzyczano głośno, obsadzano stanowiska swoimi sympatykami. Ale realizować trzeba, bo przecież „mieszkańcy” tak chcą.

    Projekty ukrywa się pod szumnymi nazwami. Najczęściej mylącymi i zatajającymi rzeczywiste cele. A jeśli mieszkańcy zaczynają protestować, że nie chcą być uszczęśliwiani bzdurnymi pomysłami, uruchamia się fora społecznościowe  zaprzyjaźnionych dziennikarzy, którzy w odpowiedni sposób kreują protestujących jako osoby najdelikatniej mówiąc – mało postępowe.

     W okolicach roku 2015 formuła Masy zaczęła kolokwialnie mówiąc umierać. Pieniądze na jakie liczono wcześniej nie zadowalały ideologów. W sierpniu 2016 Masa Krytyczna zapowiedziała zmianę formuły działania, w tym odejście od comiesięcznych przejazdów w piątkowe popołudnia. Ostatni piątkowy przejazd odbył się 30 września 2016 roku. Rodzące się frustracje jej członków trzeba było jakoś rozładować. Powstawać zaczęły jak grzyby po deszczy kolejne federacje, stowarzyszenia, grupy. W nich znalazły miejsce sieroty po Masie Rowerowej. Bardzo często członkami tych grup są te same osoby, które działały dotychczas w lobby rowerowym. Gdzieś w roku 2015, członkowie Zielonego Mazowsza – skoro już o rowerach krzyczeć się nie da – wpadli na kolejny, rewolucyjny pomysł.

Tym razem padło na pieszych.

    Tutaj dopiero, słusznie zauważyli, jest miejsce do popisu. Wszyscy chodzą przecież na piechotę. Są pieszymi, nawet zsiadając z roweru. Zatem można stać się głosem nie grupy wybranej, a głosem wszystkich. Tym bardziej, ze wraz czasem, pomimo budowy DDRów, rowerzyści dalej swobodnie traktowali przepisy Ruchu Drogowego. Od razu zauważono, że można w imieniu pieszych zwiększyć swój głos, możliwości decyzyjności, ważność. A i perspektywy walki o pieszych wyprzedzają o lata świetlne stare rowerowe pomysły. Organizuje się zatem Masy Piesze, federacje Pieszych.

A kto jest we władzach? Kto jest administratorem rozlicznych stron i fanpejdży na portalach społecznościowych?

     Ci sami ludzie, którzy do tej pory urządzali miasto swoimi pomysłami zwężania, zamykania ulic czyli rowerowy beton. Miasto od 20 lat jest terroryzowane przez wąską grupę znajomych, przyjaciół, powiązanych towarzysko, ale i też jak się okazuje finansowo. Patologia siedząca w urzędach, spółkach miejskich. Z Warszawy uczynili sobie prywatny folwark. I do wyglądu folwarku doprowadzają wizerunkowo Warszawę. Tym ludziom zależy nie na zrównoważonym rozwoju miasta, a na ciągłym skłócaniu jego mieszkańców. Wiedzą doskonale, że w zamęcie najłatwiej jest przepychać swoje wizje.

    Co gorsze mają wpływ na urzędników, na radnych, na publikatory: radio, prasę telewizję.

   Gdy tylko ktoś się z nimi nie zgadza, a ostatnio dzieje się to coraz częściej, co budzi zdumienie aktywistów, zostaje mu odebrany głos. Rozliczni „żołnierze” wylewają na krytyków falę hejtu, piszą do wszystkich życzliwych mediów listy, udzielają się medialnie.

Chcieli aktywiści rewolucji, chcieli poruszyć mieszkańców do działania. Ale nagle okazało się, że Ci mieszkańcy nie chcą pomysłów grupy kilkudziesięciu nawiedzonych osób. Bo Ci mieszkańcy potrafią myśleć samodzielnie, rozsądnie i co najważniejsze mają przewagę w swojej masie.

    Mówi się o aferze reprywatyzacyjnej związanej z oddawaniem warszawskich kamienic: wasze kamienice, nasze ulice. Natomiast afera jaką obserwujemy od kilku lat dotyczy właśnie ulic. I naszym zdaniem jest o wiele większa niż ta z kamienicami.

    Dziś, obserwując działania ludzi związanych z Zielonym Mazowszem: nie są już to masy myślących o mieszkańcach, rzeczywiście chcących naprawić miasto prawdziwych aktywistów czy społeczników.

Śmiało można mówić, że Warszawą rządzi Masa Cwaniaków.

Miałeś chamie złoty róg, jeno ostał ci się sznur

/c/ JJR, MOKO.TU

zdj. wikipedia

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.