Ikona „aktywistów” wcale nie jest żadnym urbanistą

     Analizując działalność tzw. ruchów miejskich nie sposób nie wspomnieć o pewnej postaci którą swego czasu nasi „aktywiści” mocno się zachłysnęli. Napiszemy o niej głównie dlatego że jest swoistym symbolem i personifikacją właściwie wszystkiego co irytuje w działalności naszych ulubieńców – hipokryzji, słabizny merytorycznej, graniu na kompleksach itp.

Michael Colville-Andersen – duński …. właściwie nie wiadomo kto bo w Polsce przez naszych rodzimych aktywistów tytułowany jest urbanistą a w rzeczywistości jest … filmowcem. To pierwszy punkt wspólny – brak przygotowania merytorycznego i mądrzenie się w kwestiach w których nie ma się „backgroundu”. To tak jakby hydraulik jeździł na sympozja chirurgów. U nas też na tematy inżynierii transportu najbardziej pyszczą filozofowie, socjologowie i animatorzy kultury. Duńczyk jest (przynajmniej w teorii) fanatycznym zwolennikiem ruchu rowerowego. Oczywiście samo w sobie nie jest złe – ale – i tu drugi punkt wspólny – nie ma dla niego układu win-win. Colville-Andersen wprost twierdzi że promocja #roweroza MUSI iść w parze z #antysamochodoza. Czyli zamykanie dróg, zakazy wjazdu do miast itp. To drugi punkt wspólny – Duńczykowi wydaje się że wystarczy ludziom powiedzieć co mają robić i oni zaczną to robić. Nie wystarczy zachęcać, trzeba znaleźć kij. Marchewka sama w sobie nie działa. Jeździ więc po świecie i opowiada o zaletach #roweroza co w praktyce sprowadza się do gadania że lepiej jest być pięknym , młodym i zdrowym niż brzydkim , starym i chorym. Lepiej jechać do pracy rowerem niż samochodem – o tym że np. w Warszawie setki tysięcy ludzi mają do niej z 10 km albo i więcej, po drodze jeszcze dzieci do rozwiezienia do przedszkoli w innych dzielnicach i pogodę „z dupy” przez pół roku – Duńczyk już nie wspomina. Trzeci punkt wspólny – operowanie ogólnikami bez uwzględnienia lokalnych uwarunkowań. To że Colville-Andersen funkcjonuje w Kopenhadze wielkości Poznania i z rozwiniętym zbiorkomem – nie zmienia faktu że przeciętny Warszawiak ma nieco trudniej wcielić w życie pomysły na życie tego blogera.

     Tak blogera, bo analizując „dokonania” tego cudaka nie sposób dojść do wniosku że gadanie o #roweroza jest jedynym sukcesem jego i jego firmy. Do największych osiągnięć należy wymyślenie słowa „copenhagenize” i określenia „cycle chic”. Plus jeden mem. Jego kwieciste mowy o elitarności i swoistej „wyższości” ludzi wyznających #rowerozę trafiają jednak na podatny grunt bo nie jest tajemnicą że spora część naszych rodzimych aktywistów to ludzie szalenie zakompleksieni, bardzo często napływowi którym trudno odnaleźć się w warszawskich realiach , często to osoby które nie osiągnęły sukcesu zawodowego i finansowego a swoją walką z #samochodoza leczą swoje kompleksy wobec ludzi którym najwyraźniej zazdroszczą. Duńczyk nie ma więc problemu ze znalezieniem publiczności na swoje niemalże sekciarskie wystąpienia gdyż zawsze znajdzie się grono „kompleksiarzy” którzy chcą usłyszeć że sąsiad obok ma samochód bo chce się pokazać i jest Januszem a on tak naprawdę jest lepszy od niego. To swoisty psychoterapeuta

     Mamy jeszcze jeden punkt wspólny – hipokryzja. Słowo niemalże nierozerwalnie związane z działalnością naszych „społeczniaków”. Są przeciwko łamaniu prawa przez kierowców nieprawidłowo parkujących samochody (słusznie) ale już niespecjalnie im przeszkadzają rowerzyści tratujący pieszych na chodnikach i przejściach dla pieszych. Prawo traktują wybiórczo. Colville-Andersen też jakby „troszkę” co innego mówił a co innego robił. Tak wygląda siedziba jest firmy Copenhagenize w Kopenhadze. A właściwie parking przed nią.

Coś dużo tych samochodzików jak na gniazdo fanatyków #rowerozy

za; Aktywista wie najlepiej czego chcesz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *