Mordor i solidarność – czy to się wyklucza?

     Biznesowe zagłębie na Służewcu przemysłowym, potocznie zwane Mordorem, słynie z firm, które ze sposobów zarządzania ludźmi, delikatnie mówiąc, nie wybierają tych najłagodniejszych i z pracowników, którzy sami siebie nazywają korpo-szczurami. Trochę prześmiewczo, a trochę jednak jakby z odrazy do samych siebie piszą o sobie: Orkowie i Orkinie.

     Ich problemy to nie tylko wygórowane targety, zbyt krótkie deadline’y i korki w drodze do pracy, a jedynym marzeniem nie jest znalezienie pracy w Isengardzie (zespół biurowców przy Rondzie Daszyńskiego), gdzie open space można czasem zamienić na homeoffice (pracę z domu). Zawaleni kejsami (zadaniami, projektami do zrobienia) i przerażeni fuckupem (wpadką, zawaleniem sprawy) myślą czasami o radykalnych zmianach. Orkini, Orku, jeśli nas czytasz, to może o Tobie? Raczej nikt nie dzieli się takimi myślami ze współpracownikami, ale czasem ten i ów pisze anonimowo w Internecie, że w korporacjach przydałyby się związki zawodowe. Zaraz ktoś mu odpowiada, że związki zawodowe to zbliżający się do emerytury, leniwi dziadkowie i babcie, którzy palcem nie kiwną w obronie młodego pracownika – zapominając, że w jego firmie nikt nawet nie ma 45 lat. Oczywiście w korporacji pierwsza wzmianka o chęci założenia związku zawodowego kończy się wyrzuceniem z pracy. Wielu uważa, że dobrze byłoby, gdyby związek powstał, ale najlepiej, żeby założyli go inni. Tymczasem nie musimy od razu zakładać związku na papierze i informować o tym pracodawcy. Nie tak powstawała pierwsza „Solidarność”. Najważniejsze jest narzucenie pewnej atmosfery w pracy, która będzie świadczyła o zmianie systemu wartości, postawienie przedsiębiorstwa przed faktem dokonanym. W codziennym pędzie zupełnie nie przychodzi nam do głowy, że możemy wstawić się za kolegą, któremu za miesiąc kończy się umowa, a nie wiadomo czy dostanie nową.

      Już teraz możemy zapytać, czy będzie nadal z nami pracował, bo bez niego zespół nie będzie taki sam. Na pytanie managera, czy moglibyśmy przyjść do pracy mimo choroby, bo akurat deadline się zbliża, odpowiedzmy z rozbrajającą szczerością, że nie, bo koleżanka w boksie obok ma małe dziecko. Możemy tu przytoczyć jakąś mrożącą krew w żyłach opowieść o tym, jak kolega zaraził koleżankę, od niej zaraziło się jej dziecko, trafiło do szpitala, a koleżanka na pół roczne L4. Chyba nikt nie chce by ważny członek zespołu zniknął z pracy na pół roku. Nigdy, ale to nigdy nie przychodźmy chorzy do pracy. Poproszeni o wykonanie dodatkowych zadań w momencie, kiedy jeszcze mamy pełno poprzednich nie dokończonych, odmówmy pełni świadomi tego, że dokładnie wykonana praca nie wymaga poprawek, a przy okazji w ten sposób okazujemy solidarność z tymi, którzy z różnych powodów nie mogą pracować do późna. Zostając po godzinach, biorąc kolejne nadprogramowe projekty sprawiamy, że inni nie są w stanie z nami konkurować. Mówiąc paskudnie: psujemy rynek pracownika. Przyzwyczajamy pracodawcę, że może mieć niewolników, którzy nie mają rodziny, życia prywatnego ani hobby. Największym zagrożeniem w tej kwestii nie są Ukraińcy, tylko my sami.

      Wiele osób wstydzi się pomagać komuś kogo zna, dużo łatwiej przychodzi nam przelać pieniądze na leczenie kogoś na drugim końcu Polski. Psychologowie twierdzą jednak, że dawanie i pomaganie daje nam więcej przyjemności (i pamiętamy ją dłużej) niż zaspokajanie naszych własnych zachcianek. Coś w tym musi być, bo do tej pory pamiętam, jak zamieniłam się z koleżanką na dyżury: wzięłam za nią pracę na 6 w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia, a oddałam na 14 w drugi, żeby mogła pojechać do rodziny w Święta, natomiast nie bardzo pamiętam, gdzie spędziłam weekend majowy, podczas którego udało mi się uzyskać 9 dni wolnego. Pamiętajmy o tych, którzy mają małe dzieci, o chorych, słabych – tych w naszym najbliższym otoczeniu.

     Wprowadzajmy do naszego życia ideały life-work balance. Nie czekajmy, aż ktoś odgórnie wprowadzi 7 godzinny dzień pracy. Nikt nie naprawi naszego świata za nas, socjalizm nie działa. Idea solidarności, która rozsławiła Polskę w świecie, polega na tym, że każdy człowiek ma wpływ na swoją pracę, każdy jest zaangażowany w zmienianie świata na lepsze. Każdy ma wręcz obowiązek protestować przeciwko odbieraniu godności innemu człowiekowi. Pamiętajmy, że wzbogacimy się nie wtedy kiedy będziemy pracować po 14 godzin dziennie, tylko wtedy kiedy z efektów naszej pracy nie będą korzystały rzesze pociotków kontrahentów i urzędników, od których w postsocjalistcznym kraju zależy byt przedsiębiorstw.

Katarzyna Tratkiewicz, MOKO.TU

zd. Wirtualna Polska

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.