O co chodzi w kontraruchu rowerowym, zwężaniu ulic i z zaborem miejsc parkingowych? Tłumaczymy

    Pewna część z Was zapytuje, jaki jest mechanizm tego, co dzieje się ostatnio w Warszawie, jeśli chodzi o kontraruch rowerowy, zwężanie ulic i zabór miejsc parkingowych. Postaramy się więc nieco przybliżyć to zagadnienie.

A więc tak: wychodzisz sobie przed klatkę swojego budynku. Podchodzisz do swojego samochodu, a tu … za szybą kartka z logo Straży Miejskiej, na drzwiach nalepka, a na kole piękna, żółta blokada. „Ki diabeł ?” myślisz sobie. Oglądasz się a tu … zakaz zatrzymania. „Hej, chwileczkę ! Tego jeszcze wczoraj nie było !” – mówisz zbaraniały …

      Owszem, nie było, drogi Sąsiedzie wczoraj. Ale jest dziś ! W nocy przyjechali tajemniczy panowie, założyli znaki zakazu zatrzymania, a godzinę później Straż Miejska już zbierała plony. Zastawiasz się pewnie, jak taki Matrix jest w ogóle możliwy ? Pozwól, że wyjaśnię.

     Rzecz zaczęła się całkiem niewinnie. Istnieje bowiem coś takiego, jak Budżet Partycypacyjny. W wielkim skrócie i przybliżeniu, to takie coś, do którego mieszkańcy mogą składać różnego rodzaju projekty. Tak się składa, że W Warszawie (i innych miastach) istnieją też grupy ludzi, zwane aktywistami miejskimi. Aktywiści miejscy znani są z tego, że uwielbiają układać życie innym mieszkańcom. Ponadto wykazują się wręcz fanatyczną nienawiścią do samochodów. A więc aktywiści składają do Budżetu Partycypacyjnego projekt, który zakłada likwidację miejsc parkingowych, na których parkujesz swoje auto. Abyś nie mógł za bardzo zrozumieć, o co im chodzi – projekty takie są zwykle opatrzone jakimiś niewinnymi, ale chwytliwymi tytułami, np. „poprawa bezpieczeństwa pieszych na ul. Przykładowej”, bądź „zazielenienie ul. Przykładowej”, bądź też „budowa infrastruktury rowerowej”. Nawet, jeśli widzisz te projekty, to nie podejrzewasz podstępu. Zabór miejsc parkingowych jest tam odpowiednio zakamuflowany”.

      Dochodzi do głosowania. Aktywiści stanowią nieliczną może, ale za to bardzo zdyscyplinowaną grupę społeczną. I oni stawią się w pełnej liczbie na czas głosowania, podczas gdy mieszkańców głosuje raczej mało. Zatem ich projekt najzwyczajniej przejdzie, ponieważ praktycznie nie ma konkurencji.

      Potem zostają ogłoszone konsultacje społeczne. Rzecz jasna, Zarząd Dróg Miejskich lub Zarząd Zieleni umieszcza informacje o nich wyłącznie na swoich stronach. Mimo, że jest do tego zobligowany prawem – nie przeprowadzi żadnej szerszej kampanii informacyjnej (w postaci plakatów, ogłoszeń na klatkach schodowych, bądź też w postaci wideoklipów na elektronicznych tablicach w pojazdach komunikacji miejskiej). Najzwyczajniej – aktywistom miejskim byłoby to bardzo nie na rękę, gdyby okoliczni mieszkańcy tłumnie przybyli na konsultacje, wyrażając swój sprzeciw. A że Zarząd Dróg Miejskich i Zarząd Zieleni są przez nich opanowane – będą działały tak, aby aktywistycznym projektom krzywda się nie stała. Czyli jak najmniej informacji – temat tabu, poza tym konsultacje prowadzone w takich godzinach, aby nie mogli się zjawić na nich pracujący mieszkańcy (nie dotyczy aktywistów – najczęściej bezrobotnych lub „na państwowym”).

Więc w wyniku tak prowadzonej kampanii informacyjnej, na konsultacjach społecznych pojawi się może kilkanaście osób. Zgadnij, drogi Sąsiedzie – jaką grupę społeczną oni będą reprezentowali ? Zgadnąć chyba nie trudno. Więc urzędnicy ZDM i aktywiści podadzą sobie dłonie, poklepią się po plecach i niejako przy okazji – przyklepią likwidację miejsc parkingowych.

     Po czym ZDM przystępuje do realizacji projektu. Wściekli mieszkańcy pytają: „a kto nas pytał o zdanie ?”. Odpowiedź w takich przypadkach jest szablonowa – „były konsultacje społeczne. Trzeba było iść i się wypowiedzieć”. Gdy mieszkańcy mówią – „ale my nic o tym nie wiedzieliśmy”, odpowiedź brzmi „to już nie nasz problem. Informacje o konsultacjach były”.

     Tak wygląda urzędniczo-aktywistyczny mechanizm, który ostatnio stosowany jest w Warszawie na szeroką skalę

M. H

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.